Przejdź do treści

Nasze małżeństwo jest jak górska wyprawa! Są łańcuchy, jest zmęczenie i piękne widoki

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Wyjście w góry należy dobrze zaplanować. Podobnie z małżeństwem. Ale czy zachwyceni pięknem innej trasy musimy kurczowo trzymać się mapy?

Plan wyprawy

Mój plan był taki: zdaję maturę i wysyłam teczkę na egzamin do łódzkiej filmówki. Nikłe szanse, że dostanę się za pierwszym razem, ale mam osiem lat na dołączenie do zacnego grona studentów reżyserii. Tymczasem postudiuję sobie polonistykę, bo interesująca, albo pedagogikę, bo to dobry kierunek, żeby zrealizować pragnienie o założeniu rodzinnego domu dziecka.

Plan Radzia przedstawiał się tak: ukończyć studia z wyróżnieniem, napisać doktorat, najlepiej z wyróżnieniem, by zostać wyróżniającym się wykładowcą na uczelni.

Plan przyjaciółek był taki: urządzamy spotkanko i zapraszamy Wandę i Radka, bo jakoś do siebie pasują…

Spełniło się właściwie wszystko, choć w innych proporcjach, niż te wymarzone.

Przy herbatce pod Zawratem

Już na pierwszym spotkaniu we dwoje rozmawialiśmy o modelu rodziny. Powinna być duża. Pięcioro dzieci! I najlepiej, gdybyśmy należeli do wspólnoty, która będzie mieszkała w jednym budynku i będzie miała kaplicę z Najświętszym Sakramentem.

Dwa lata później zaobrączkowane dłonie kąpały maleńki owoc miłości i stało się jasne, że należy nieco przebudować nasze dążenia. Nie dlatego, że musimy, czy odwidziało nam się je realizować, ale dlatego, że doświadczyliśmy odpowiedzialności za człowieka zupełnie bezbronnego. To wtedy, w pełnej wolności, zdecydowałam, że zamiast jeździć po Polsce z promocją filmu, pragnę każdego wieczoru czytać dzieciom do snu.

Gdy urodziło się nasze trzecie dzieciątko, powzięłam kolejne postanowienie: skończyć polonistykę innym razem. Bo nic nie jest bardziej doniosłe i niepowtarzalne w moim życiu, niż… być obecną w życiu naszych dzieci.

Nieco inaczej rezygnację ze swoich planów przeżywał mój ukochany. Wiadomo, rodzinę trzeba utrzymać. Radek postanowił zrobić użytek ze swoich zdolności i założył firmę usługową. Lwią część pracy wykonywał w domu, dzięki czemu niemal zawsze był blisko nas. Bardzo służyło to naszej małżeńskiej relacji. Wspólne posiłki, podejmowanie decyzji, dzielenie codziennych radości, trosk, ale i obowiązków. Mieliśmy czas i przestrzeń, by uporządkować to, co wynieśliśmy w posagu z domów rodzinnych i „wrzuciliśmy” do naszego M3 o powierzchni 38 m2. A wnieśliśmy tam przede wszystkim nawyki oraz sposoby reagowania na emocje i sprawy codzienności.

Czas razem był również niezwykle owocny z rodzicielskiego punktu widzenia. Nie dość, że obfitował w zupełnie naturalne objaśnianie dzieciom świata i we wspólne wyprawy do pobliskiego lasu, to bonusem była jednomyślność w wychowaniu.

Dalej, na Orlą!

A teraz o uciążliwościach. Trudem było zmęczenie. Być z dziećmi 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu to wyzwanie. Dość szybko poczuliśmy, że korzystne będą nasze małżeńskie wyjścia. Ustaliliśmy je na wtorkowe wieczory, a skoro nie mogliśmy liczyć na pomoc naszych pracujących rodziców, zapraszaliśmy do dzieci zaprzyjaźnioną nianię i kupowaliśmy sobie czas na spacer tylko we dwoje.

Utrapieniem stały się wciąż większe potrzeby rozrastającej się rodziny. Kiedy po raz czwarty zobaczyliśmy dwie kreski na teście ciążowym, na olbrzymią radość położył się cień troski o utrzymanie. Lęk był podsycany przez wszystkich wokół. I tych nam bliskich, którzy w dobrej wierze pytali, jak sobie damy radę. I tych nieznanych, spotkanych przypadkiem na przejściu dla pieszych, którzy, widząc kobietę z wielkim brzuchem i trójką maluchów obok, pukali się w głowę. Rozwiał to wszystko jeden telefon. Zadzwonił dyrektor placówki, w której mój mąż onegdaj prowadził warsztaty i powiedział, że Radzio zostawił po sobie dużo dobra, z którym chcieliby mieć do czynienia każdego dnia.

Oferta pracy na etat spadła nam zatem z nieba. Ale nie pozostawiała złudzeń. Radek musiał zrezygnować ze swoich planów – ze studiów. Za życie płaci się życiem. To jedyna waluta.

Widoki, że dech zapiera

Kolejne dzieci w naszej rodzinie przynosiły ze sobą pokłady bogactw i piękna – w myśl wypisanego przez Radka cytatu z Ewangelii wyeksponowanego na ścianie:

Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

(Mt 6,33-34)

Czasem goście, ci znający nasze słabości i brak zaradności życiowej, śmiali się. Tymczasem dzieci nie tylko umacniały naszą więź małżeńską, ale sprawiały, że dla ich dobra nieśmiało sięgaliśmy po więcej. I tak, gdy na świecie miał się pojawić nasz piąty potomek, przypomniało nam się marzenie o domu z Najświętszym Sakramentem.

We wspólnocie, która gromadziła się na adoracji Pana Jezusa, już byliśmy. Trzeba było wybudować jej dom. Od czego wspólne konstruowanie zacząć? Wybraliśmy się z tym pytaniem do rodziców naszych przyjaciółek (notabene tych, które zorganizowały spotkanie, aby przedstawić mi… przyszłego męża). Oni mieszkali już z Panem Jezusem pod jednym dachem blisko dwadzieścia lat. Spotkaliśmy się z wielką otwartością. A kończąc wizytę, dostaliśmy od nich „Ideał Życia” wspólnoty Duży Dom i zaproszenie, aby spróbować takiego właśnie życia, bo zwolniło się spore mieszkanie z kaplicą z Najświętszym Sakramentem! Przeczytaliśmy „Ideał” i odkryliśmy, że ta duchowość jest nam niezwykle bliska. Zamieszkaliśmy i mieszkamy już ponad 30 lat!

Kolejnym naszym pięknym widokiem była historia związana z naszym ósmym dzieciątkiem, które urodziło się w upalne sierpniowe popołudnie. Było witane z wielkim aplauzem rodzeństwa, które od progu zakochało się w małej siostrze. Ale sierpień rządzi się swoimi prawami. Dziadkowie na urlopach. Nikt inny nie witał malutkiej. Za to wszyscy odwodzili nas od zamiaru nadania jej, skądinąd wdzięcznego, imienia Faustyna. Co tu kryć, smutno nam było z tego powodu. Do pierwszej wspólnej niedzieli. Z rana zadzwonił dzwonek do drzwi. Przyszli nasi przyjaciele ze… św. Faustyną!

Zdarzyło się, że zostali poproszeni o przewiezienie relikwii świętej z krakowskich Łagiewnik do Francji. Zrobili sobie u nas przystanek i tym samym patronka naszej najmłodszej córeczki przywitała ją jako pierwsza!

Trzymaj się mocno łańcuchów

Podobnych historii rodzinnych mamy bardzo wiele, a ja miałam pisać o małżeństwie… Ale nasze małżeństwo nie byłoby tak piękną przygodą, gdyby nie Bóg i Jego pragnienie mnożenia miłości!

Plan na wspólne życie nie uwzględniał rezygnacji z naszych marzeń. Nie wyobrażaliśmy sobie, że zostaniemy odarci z możliwości nauki, na długie lata ze snu, z wyglądu (odwieczny deseń kaszką malowany na spódnicy – to jeszcze nic!), z czasu na „nicnierobienie” i z wyszukanych przyjemności. Za to przyjemnością stały się drobiazgi, takie jak spojrzenie w oczy, śmiech z tych samych żartów, chwila na spacer we dwoje, dzielenie się Słowem, codzienna kawa…

Powyższe słowa ilustrują spotkanie dwóch marności, które przez całe małżeńskie życie zmagają się ze swoimi aspiracjami. Na szczęście, w swojej niemocy spotykają Pana. I pytają o Jego plany.

Zobacz także