Przejdź do treści

Nasza małżeńska miłość to nie magia, a zwykłe codzienne gesty 

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Nasza miłość kwitnie, mimo że magia opadła, a zostało maggi… Motyli w brzuchu brak i nastała zwykła codzienność. Oto jak wygląda nasz standardowy dzień 4 lata po ślubie, z dwójką dzieci, mijaniem się z pracy do pracy i bezcennymi wspólnymi wieczorami.

Ruszamy do swoich światów 

Kiedy rano na tygodniu otwieram oczy, to nigdy nie widzę obok swojego męża, który gładziłby mnie po skroni, szeptem wyznawał miłość, a chwilę później przynosił kawę i śniadanie do łóżka.  

Zwykle widzę i słyszę dziecko, które krzyczy „mama, mama już się obudziłam” i czuję drugie dziecko, które samo znalazło dojście do swego ukochanego, złotego napoju pod moją piżamą. Zaraz potem atak pytań i zażaleń, że słońce świeci w oczy, że jednak starszak chce jeszcze „kończyć spać”, no i przypomnienie, że brzuszek już jest głodny. Wstaję, ogarniam siebie, ich, jedno pod pachę, drugie do żłobka. Wracamy, śniadanie, sprzątanie, gotowanie, zimna lub ciepła kawa, obiad.

Po prostu być obok siebie 

Patrzę na zegarek, wyczekuję 13:50. W drzwiach staje Emil. Błyskawiczna wymiana zdań, co u niego, co u nas, pędem po starszaka i do pracy na 14:30. Wracam, jest po 18:00. Dzieci umyte. Zdają mi relację z dnia, wedle swoich możliwości językowych. 

Siadam do biurka, do drugiej pracy – choć tak naprawdę to pasji – i realizuję zamówienia. Mąż kładzie dziewczynki do spania i z oddechem wytchnienia siada w salonie, by samemu móc teraz oddać się przyjemnościom. Uwielbiam ten czas. Czekam na niego cały dzień. Jestem ja, jest Emil, jesteśmy w jednym pokoju i nawet nie musimy nic razem robić, nie musimy ciągle rozmawiać, ale wzajemna obecność jest nam bardzo potrzebna.

Wieczorna modlitwa  

Po całym dniu przychodzi nasz czas na modlitwę. Zaraz po znaku krzyża mamy chwilę na głośne dziękczynienie. To bardzo trudne zadanie. Wciąż uczymy się dziękować i dostrzegać małe momenty w ciągu dnia, które zazwyczaj umykają.  

Jednego wieczoru podziękowałam na modlitwie za sytuację kiedy Emil, podczas obiadu, zapytał mnie, czy chcę może maggi do rosołu. Bardzo się chłopak zdziwił na takie dziękczynienie. „A co w tym wielkiego?” – zapytał. Dla niego to nie było nadzwyczajne zachowanie – zwykły wyraz troski. Dla mnie w tym najdrobniejszym geście przejawiła się jego miłość. Mówię to całkiem poważnie.  

Siedziałam wtedy przy stole i pomyślałam sobie: „Jeju, przecież ja już dawno jem zupę, a maggi leży bliżej mnie. On dopiero przyszedł i pewnie jest głodny, a jeszcze w tym wszystkim ma czas i chęć spytać o moją potrzebę. Ciekawe czy ja bym też tak umiała”.

Miłość zwyczajna  

Już dawno przekonaliśmy się z mężem, że magiczne opakowanie miłości, jakie również i nam dyktował świat we wcześniejszych latach, nie istnieje. Kocham go coraz  mocniej, mimo, że motyle w brzuchu nie latają cały czas, na randkę do kina idziemy raz w roku, współżycie nie jest cowieczorną rutyną, a widok Emila o poranku i śniadanie od niego mam raz w tygodniu. Doświadczamy tego, że żeby nasza miłość trwała i wzrastała, potrzebne jest właśnie to zwyczajne maggi, a nie żadna magia.

.
Zobacz także