Przejdź do treści

Dziecięce koła misyjne niosą ogromną pomoc i dają dzieciom rozwój

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

„Trafiłam kiedyś do bardzo trudnej dzielnicy w Krakowie. Młodzież, która potrafiła rzucać wyzwiskami w dyrektora wchodzącego do szkoły, w ramach tzw. adopcji misyjnej robiła ze mną w pracowniach szkolnych aniołki, by je sprzedawać i wspierać w ten sposób 6-letniego Jule mieszkającego w Togo” – opowiada s. Aneta Laszczak, serafitka, organizatorka kół misyjnych dzieci i koordynatorka Wolontariatu Misyjnego w diecezji bielsko-żywieckiej.

Długo się broniłam

Agnieszka Dubiel: W naszej poprzedniej rozmowie opowiadała siostra o Kolędnikach Misyjnych. Jednak kółka misyjne dzieci działają przez cały rok. Jak to się stało, że zajęła się siostra działalnością misyjną z dziećmi?

S. Aneta Laszczak: To długie opowiadanie. Tak naprawdę nigdy nie chciałam prowadzić takich kółek. Pewnego razu poprosił mnie o to proboszcz jednej z oświęcimskich parafii. Ja w tym czasie pracowałam w szkole podstawowej, do której chodziły dzieciaki tak biedne, że mdlały na lekcjach z głodu. Sprowadzałam je do kuchni, prosząc panie o trochę zupy. Księdzu powiedziałam, że misje to ja mam w szkole.

Potem przenoszono mnie do kolejnych parafii, gdzie wciąż odmawiałam prowadzenia kółka misyjnego. Uważałam, że jest tyle pracy przy ewangelizacji i pomocy dzieciakom na miejscu, że absolutnie nie widziałam potrzeby pomagania komuś, kogo nie znam. Teraz wiem, że miałam klapki na oczach…

Misje w końcu mnie dopadły

Co siostrę przekonało?

Jednego roku, zamiast na upragniony urlop, pojechałam do Kalwarii Zebrzydowskiej do ośrodka powołaniowego. Siedziałam tam i nudziłam się, aż następnego dnia przyszedł ksiądz w białej sutannie. Jego również skierowano do tego ośrodka, a przyjechał z Togo w Afryce. Byłam skazana na to, żeby siedzieć z nim i przez tydzień rozmawiać, więc zaczęłam pytać o misje. I wtedy zrozumiałam. Zobaczyłam, że jeżeli na świecie istnieje bieda, to raczej nie u nas. I że jeżeli ktoś w takim kraju, jak Togo, zje posiłek dwa razy dziennie, to jest królem, a nie biedakiem. Obiecałam, że pomogę.

Przeniesiono mnie do Krakowa, do bardzo trudnej dzielnicy. Uczyłam w szkole, gdzie dzieci przez okno wyzywały dyrektora, gdy ten wchodził do budynku. I właśnie z tymi dziećmi zaczęłam organizować pomoc. W ramach tzw. adopcji misyjnej zaopiekowaliśmy się dzieckiem o imieniu Jule mieszkającym w Togo. Ta sama młodzież, która wyzywała dyrektora, zaczęła ze mną w pracowniach szkolnych robić aniołki. Potem je sprzedawaliśmy. Z czasem grupa zażyczyła sobie, żebym kupiła Julkowi (jak go nazywaliśmy) rower, żeby mógł się opiekować matką i rodzeństwem. Jule miał wtedy sześć lat. Jego mama chorowała, ojciec nie żył, a Jule był głową rodziny.

I tak się zaczęła moja przygoda z misjami, która trwa do tej pory. Robię to z potrzeby serca i Pan Bóg daje mi światło. Pokazuje, co jeszcze można zrobić. Czasem zastanawiam się, kiedy mnie zwolni. Aczkolwiek pewnie byłoby mi trudno, gdyby to zrobił. Wciąż napotykam ludzi, którzy chcą pomagać. Na przykład na poprzedniej placówce uczyłam w technikum. Dostałam pięć klas maturalnych na sam początek. Ci ludzie powinni myśleć o nauce, a powiedzieli tylko: „Siostro, damy radę”.

Wspierając, dzieci się rozwijają

Rozumiem, że kółka misyjne zostały już z siostrą na stałe.

Nie da się ukryć. Po Krakowie przeniesiono mnie do Żywca, gdzie całe klasy szkolne adoptowały trójkę dzieci: Jule, Amawi i Adamatu. Dzieciaki, które się zadeklarowały, zbierały po złotówce miesięcznie. Mieliśmy w klasie gazetkę ze zdjęciami i z listami od dzieci z Afryki. I żyliśmy tym. To byli członkowie naszej klasy. Dzieci z Polski przy okazji rozwijały swoją wiedzę, bo dowiadywały się, co to za kraj i jak się tam żyje. Przede wszystkim jednak uwrażliwiały się na potrzeby innych, ale też rozwijały religijnie. Dużo dobra się z tego powodu działo.

Dzisiaj dzieci z Togo są już dorosłe. Mamy z nimi kontakt i sporadycznie nadal ich wspieramy. Dziewczyny, które otrzymywały nasze wsparcie, dziś szyją. Jeden pan z Jaworzna kupił im maszynę do szycia. Później wspieraliśmy szkołę w Togo. Udało nam się wyposażyć przedszkole i wybudować kościół. To piękne dzieło, bo dbamy nie tylko o ciało. Tak naprawdę celem misjonarzy jest zaniesienie tam Chrystusa. A żeby zanieść Chrystusa, trzeba ludziom dać jeść, ubrać ich, pozwolić im się kształcić. Dając garść kukurydzy czy kubek ryżu, mobilizujemy ich do myślenia, dlaczego to robimy.

W jaki sposób przesyłacie zebrane środki?

Wysyłamy je do misjonarzy na miejscu. Wiele razy tak było, że przekazywaliśmy do Togo pieniądze, a misjonarz pytał, skąd wiedzieliśmy, że nie mają już nic. Po czym kupował pięć worków kukurydzy i byli uratowani. Kiedy na naszej stronie na Facebooku pojawiały się informacje na ten temat, młodzi ludzie mieli ogromne poczucie wartości tego, co robią – że to ma sens i że Duch Święty działa.

Boliwijskie wyzwanie

Co na to wszystko rodzice podopiecznych siostry?

Też wspierają misje! Od kilku lat prowadzę grupę rodziców adopcyjnych, którzy na odległość adoptowali dzieciaki z Togo czy z Boliwii. Niektóre osoby mają więc adoptowane konkretne dzieci, za które się modlą i które wspierają finansowo. Ale obecnie współpracuję też z rodzicami, którzy adoptują już nie jedynie konkretne dziecko, a wspierają cały dom dziecka. Taka grupa powstała właśnie w Bielsku-Białej.

Kogo dziś wspierają siostry podopieczni?

W tej chwili wspieramy głównie dom dziecka w Boliwii w Santa Cruz. To jest dom dla dzieci więźniów. Są to dzieci z ulicy, sieroty – bardzo trudne środowisko. Pracują tam nasze siostry. Domem dziecka kieruje s. Bonawentura, która jest mózgiem tej operacji. Nieprawdopodobnie mądra kobieta. Wychowuje te dzieciaki, które przychodzą bardzo poranione. Ma kapitalne metody, ale obok sukcesów, ponosi też porażki, bo to jest żywy materiał. Bardzo dużo środków, czasu i sił poświęca na to, żeby dzieci mogły się kształcić intelektualnie i duchowo. Uwrażliwia je też na potrzeby innych. W tym domu dzieci pomagają dzieciom. Jak w rodzinie. Starsze opiekują się młodszymi. Siostry nie tylko uczą je czytać, ale też pracują z nimi nad tematami, takimi jak np. wdzięczność. Uczą, że nie wszystko im się należy.

W Boliwii jest bardzo trudne środowisko. Siostry objęły ten dom osiem lat temu. Zgromadzenie wyposażyło je we wszystko, żeby mogły zacząć – w środki materialne, w konkretne rzeczy, a po kilku dniach siostry nie miały nic. Pamiętam, jak s. Bonawentura przyjechała na urlop i powiedziała: „my po prostu nie damy rady”. I wtedy zrodził się pomysł rodziców adopcyjnych. Obiecałam, że zorganizujemy coś, pomożemy i damy radę. Dzisiaj pomoc dla tego miejsca płynie z bardzo wielu kierunków. Dzięki wspaniałym ludziom w tym domu dzieją się cuda.

Nasze siostry zostały posłane do tamtego świata i robią, co mogą. A my robimy, co możemy, żeby pomóc im, dzieciakom w Gabonie, dzieciakom w Togo. Zawsze też mamy zostawiony jakiś grosz, żeby pomóc tam, gdzie coś się dzieje nagle. W tej chwili organizujemy np. pomoc dla potrzebujących w Jazłowcu na Ukrainie. Trzeba mądrze pomagać i widzę, jak wielu ludzi tak właśnie czyni. Bogu niech będą dzięki!

Zdjęcia z archiwum s. Anety Laszczak

.
Zobacz także