Przejdź do treści

Obchód i „słowa mocy” – nasze wieczory z dziećmi

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Jest prawie 21.00. Jestem w pogotowiu od 6.00 rano. Liczba rozwiązanych konfliktów i wezwań w trybie pilnym, przyprawia mnie o zawroty głowy. Mam wrażenie, że słowo „mamooo!”, padło dziś jakieś milion razy. Moje siły i cierpliwość są już często o tej porze na wyczerpaniu. Najchętniej zaszyłabym się gdzieś z dobrą książką, ciepłą herbatą, porozmawiała z mężem, obejrzała w końcu jakiś film do końca… Wtedy z pokoju dzieci dobiega ciche pytanie: „Przyjdziesz do mnie jeszcze na chwilę?”.

Wieczorny obchód 

Im mniejsze mamy dzieci, tym więcej naszej uwagi rodzicielskiej otrzymują niejako z automatu. Trzeba je nakarmić, przebrać, umyć. Musimy ciągle mieć na nie oko. Potrzebują naszego towarzyszenia w czasie zabawy. Nawet kiedy mają już kilka lat, asystujemy im w wielu czynnościach samoobsługowych. Jesteśmy wtedy dla nich, rozmawiamy, słuchamy. Na tym etapie niemożliwym wydaje się, że kiedyś będzie inaczej. 

Tymczasem nasze pociechy stają się bardziej samodzielne i tego czasu na bycie „jeden na jeden” jest coraz mniej. Częściej za to my, rodzice, musimy szukać dzieci, znaleźć pretekst oraz przestrzeń do spotkania i rozmowy. Dlatego warto wieczorem znaleźć chwilę, żeby przyjść na tzw. „obchód”. Nie trzeba wiele, wystarczy kilka minut. Dla mnie to czas na pytanie „co u ciebie?”, niekoniecznie „co w szkole?”, ale bardziej „jak się czujesz?”,  „czym dzisiaj żyjesz?” „czy spotkało cię dzisiaj jakieś dobro?”. Po całym dniu warto nastawić swoje serce na słuchanie, a wyłączyć ocenianie i dobre rady.

Słowa, które wzmacniają 

W tej wieczornej przestrzeni jest też czas na „słowa mocy”. „Byłam dzisiaj z Ciebie dumna”, „świetnie sobie poradziłeś”, „jesteś dobry, mądry, wierzę w ciebie”. Łatwo jest zauważyć co poszło nie tak. Kto komu dokuczył, kto nie wywiązał się z obowiązku. Trudniej uchwycić to małe dobro, które szybciej ulatuje, bo to, co nas zdenerwowało „siedzi” w nas dłużej. Może to wspierające słowo na koniec dnia będzie trampoliną, żeby jutro postarać się bardziej? 

Czasami nasze rozmowy kończą się jeszcze dodatkową modlitwą. Coś wydarzyło się w szkole? Jakiś konflikt z kolegami? Czegoś się boisz? Powiedz o tym Panu Jezusowi. Przez to staramy się uczyć dzieci, że mogą iść do Niego z każdą sprawą, jak do przyjaciela. Zresztą, ja czasami naprawdę nie wiem co zrobić, co powiedzieć. Przyprowadzam ich do Jezusa. On wie.

Rodzicu, warto się mobilizować! 

Widzę też, że nasze wieczorne podsumowania dnia są dobrym fundamentem dla rachunku sumienia. A ten polega nie tylko na wyliczeniu grzechów, ale warto go zacząć od dziękczynienia – zauważenia, co dobrego wydarzyło się w moim życiu. Czasami dzień jest kiepski i wydaje się, że nie było nic pozytywnego. Ale po zastanowieniu okazuje się, że było trochę tych okruchów dobra. Nic wielkiego, ale są. Gdy się je pozbiera, zauważamy, że można się tym najeść. To ważna umiejętność: widzieć i dziękować za dobro, które nas spotyka. 

Zmobilizowanie się nas rodziców na taki koniec dnia z dziećmi wymaga czasami dużego, wręcz ogromnego wysiłku, ale jestem przekonana, że warto o to walczyć. Czasami mam ochotę odpuścić i też zdarza mi się powiedzieć: „ja też cię kocham, ale idź już w końcu spać”. Ale wiem, że bez tego czasu na koniec dnia nie wydarzyłoby się wiele ważnych rozmów. Wierzę, że ten „wieczorny rytuał” buduje fundamenty naszych relacji za kilka lat. 

.
Zobacz także