Przejdź do treści

Urlop z naszymi maluchami – nie było lekko, ale nauczyliśmy się czegoś ważnego

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

To miały być wakacje, w trakcie których wspomnienia będą buzować. Historia miała zatoczyć koło i zaprowadzić nas razem z dziećmi w miejsca, gdzie zaczynała się nasza miłość. Zwłaszcza, że działoby się to w okolicach naszej pierwszej cokolwiek okrągłej rocznicy ślubu. Cóż… dzieci miały inne zdanie na ten temat. A efekty mocno nas zaskoczyły.

Niespodzianka rodziców, która utkwiła na całe życie

Wakacje, które spędzałam jako dziecko, mogę opisać jednym słowem – różnorodność. Z okresu wczesnodziecięcego i przedszkolnego pamiętam bardzo niewiele. I zaskakuje mnie to, bo jesteśmy zdumieni tym, jak daleko wstecz wybiegają wspomnienia naszej 4-latki. Jednak to wszystko najprawdopodobniej zatrze się bliżej szóstych czy siódmych urodzin. Od momentu pójścia do szkoły moje wakacje to były wyjazdy do starszej siostry na kilkanaście dni, zwiedzanie rodzinnych stron i miejscowości mamy i taty, słuchanie opowieści, historii, oglądanie pamiątek, jeżdżenie na kolonie. 

Jednak większość czasu spędzałam w domu, a dokładniej w jego okolicach. Tam, bez większej kontroli dorosłych oczu, lubiłam organizować sobie czas. Takie wakacje uczyły samodzielności, kreatywności i odpowiedzialności. W czwartej klasie zorientowałam się jednak, że inne dzieci wyjeżdżają nad morze, a ja nigdy tam nie byłam. Pewnego wieczoru, tuż przed wakacjami, podzieliłam się tym żalem z moją mamą. Nie sądziłam jednak, że spowoduje to wyjazd nad Bałtyk. 

Po zakończeniu roku szkolnego i odebraniu pierwszego czerwonego paska tata powiedział, że w nagrodę gdzieś mnie zabiera i mam wsiadać do samochodu. Rodzice walizki spakowali pod moją nieobecność, więc niczego się nie spodziewałam. Jechaliśmy długo, mijaliśmy znaki drogowe, ale mimo to i mimo moich podchwytliwych pytań w stronę taty (wędkarza) wciąż byłam przekonana, że jedziemy gdzieś nad rzekę, na ryby. 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłam wielkie morze, które wcześniej ogarniałam tylko swoją wyobraźnią. I choć nigdy w kolejnych latach nie wybrałam się już z rodzicami nad morze, to wspomnienie bardzo dobrze i mocno utkwiło mi w głowie. Utkwiło na tyle, że kiedy wraz z mężem i znajomymi pojechaliśmy do Rewala, spacerując, jednym tchem przypominałam sobie znane mi obiekty i uliczki.

Oczekiwania kontra rzeczywistość

W tym roku wakacje planowaliśmy już w kwietniu. Z racji 5. rocznicy ślubu chcieliśmy pojechać w góry, gdzie 13 lat temu się poznaliśmy. Na każde zadane nam pytanie o wakacje z przekonaniem odpowiadałam: Tylmanowa, Krościenko, Kraków. Szukaliśmy noclegów, dogrywaliśmy szczegóły, ale im bliżej, tym coś nas od tego oddalało. Wyjazdy w okolicy naszego miasta były i są często torpedowane przez naszego synka. Płacze, krzyki, wyrywanie, a do tego młodsza córka, która na obecnym etapie dwulatka egzekwuje swoje i nie rozumie słów „za chwilę”, „zaraz”, „poczekaj”, „moment”. Te określenia powodują jedynie wybuchowość i płacz. 

Wizja wielogodzinnej podróży – nawet tej w najlepszych wyobrażeniach, czyli bez korków, przygód, z postojami i długim snem dzieci – zablokowała nas całkowicie. Snuliśmy więc marzenia o morzu, które mamy zdecydowanie bliżej niż góry, jednak i tu finalnie plany dosłownie rozmyła deszczowa i sztormowa pogoda w czasie urlopu. Pozostała najbliższa okolica.

Wakacje – dla nas czy dla nich?

Siedzenie w domu nie wchodziło w grę. Tego w ciągu roku jest nam (a w szczególności mnie i dzieciom) za wiele. Usiedliśmy, by ustalić plan na każdy dzień. Sprawdziliśmy pogodę, a potem miejsca, w które można pojechać. Naszą bazą wyjazdową był po prostu dom. Przemyśleliśmy, co ucieszy najbardziej dzieci i przez kolejne dni serwowaliśmy im moc doznań i przygód na wycieczkach. Przemieszczaliśmy się w promieniu 120 km, co przy dobrym zorganizowaniu udawało się pokonywać bez większych dramatów. 

I tak oto w mocno deszczowe dni skorzystaliśmy z lokalnej sali zabaw i ulubionej kawiarni naszych dzieci. Podziwialiśmy piękne kolorowe jeziora w Parku Mużakowskim. Odwiedziliśmy mini zoo. Innego dnia ruszyliśmy pociągiem do pobliskiego miasteczka na zwiedzanie i lody, ale główną atrakcją była sama przejażdżka koleją. Odwiedziliśmy też dziadka Romana w lesie – czyli nad zalewem wodnym w jego wakacyjnym, leśnym azylu. Tych letnich przeżyć było tak dużo, że każdego kolejnego poranka dzieci budziły nas pytaniem, gdzie dziś jedziemy.

Rodzinny all inclusive

Czujemy, że daliśmy z siebie wszystko, by czas wakacji odbiegł choć trochę od codzienności. Zależało nam na górach, ale doszliśmy do wniosku, że dla dzieci byłaby to droga przez mękę. Dla nas tym bardziej… W rezultacie nasz rodzinny, letni all inclusive objął własne dziecięce łóżko, żywienie domowo-restauracyjne, komfort przemyślanego, niedługiego podróżowania oraz wspólnie spędzony czas. 

Wyszliśmy poza własne oczekiwania i skupiliśmy się na marzeniach naszych pociech. A to – na obecnym etapie ich wczesnodziecięcej pamięci – było wystarczające do nabycia nowych doświadczeń, wzmocnienia rodzinnych więzi i wzbogacenia obecnych wspomnień. A jak już, wzorem mamy-czwartoklasistki, same zapytają o morze… to znak, że można poszerzać horyzonty.

Zobacz także