Przejdź do treści

Sakramentalni małżonkowie – mimo zdrady wrócili do siebie po 13 latach

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Młode małżeństwo, zdrada, lata rozstania, dzieci z osobnych związków… Jak można się zejść, mając taki bagaż doświadczeń? Oto historia Anny i Andrzeja Szymańskich.

Udany związek i nagła zdrada

Sylwia Jabs: Od ilu lat jesteście sakramentalnym małżeństwem?

Anna Szymańska: Mąż był moim pierwszym chłopakiem. Poznałam go w szkole podstawowej. Pobraliśmy się 24 lata temu, gdy miałam 20 lat. Było nam ze sobą dobrze. Mąż mnie adorował, dobrze się rozumieliśmy, była między nami duża otwartość. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Nawet razem pracowaliśmy. Po trzech latach małżeństwa, gdy zmieniłam pracę, zakochałam się w innym mężczyźnie – to był mój szef.

Jak przyjął Pan zdradę żony?

Andrzej Szymański: Byliśmy zgodnym, kochającym się małżeństwem. Brakowało jedynie bliskości. Kiedy dowiedziałem się o zdradzie, przeżyłem szok. Byłem wściekły, zaskoczony, rozczarowany. Wyprowadziłem się od żony. Psychicznie byłem w rozsypce. Stres był tak duży, że przez tydzień nie jadłem, przez co schudłem 15 kg. Pojechałem z mamą i siostrą do Częstochowy. Modliłem się, żeby się wszystko ułożyło. Gdy dowiedziałem się, że żona jest w ciąży z tamtym mężczyzną, było to dla mnie zamknięcie pewnego rozdziału. Ponownie wybrałem się do Częstochowy, ale tym razem doznałem wewnętrznego spokoju. Zacząłem żyć nowym życiem. Nie czułem do Ani nienawiści. Pamiętam, że w czasie niedzielnej Mszy Św. kiedy odmawiałem Ojcze nasz, myślałem o mojej żonie, że odpuszczam jej winy.

Mówicie, że tworzyliście udany związek. W połączeniu ze zdradą brzmi to niecodziennie.

Anna: Trudno mi wytłumaczyć, skąd to zauroczenie, bo byłam z mężem szczęśliwa. Może to szatan namieszał, a może Pan Bóg miał plan, żeby nas nawrócić?

Pochodzę z rodziny ateistycznej. Przyjmowałam sakramenty na zasadzie tradycji. Nie chodziłam do kościoła. Mąż pochodzi z rodziny wierzącej, praktykującej. Jego wujek, salezjanin, udzielał nam ślubu. Jednak obydwoje nie mieliśmy przeświadczenia, że Pan Bóg jest kimś ważnym. Uważaliśmy, że jesteśmy kowalami własnego losu, sami o wszystkim decydujemy, że wszystko od nas zależy. Nie modliliśmy się razem. Do kościoła chodziliśmy od święta.

„Nie byłam szczęśliwa”

Jak układał się Pani drugi związek?

Anna: Dość szybko okazało się, że moje wyobrażenia o wspólnym życiu mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Widziałam, że ani ja ani mój partner nie jesteśmy szczęśliwi. Jednocześnie żywiłam nadzieję, że będzie lepiej, ale było coraz gorzej. W drugim związku żyłam 10 lat i urodziłam 3 dzieci. Tuż przed rozstaniem dużo płakałam, bo czułam się niekochana, nierozumiana. Wiedziałam, że naważyłam sobie piwa i muszę je teraz wypić. Miałam bardzo duży żal do siebie, że odeszłam od Andrzeja. W tym czasie moja najstarsza córka poszła do I Komunii Świętej, a ja zaczęłam chodzić do kościoła.

Kiedy nastąpił punkt zwrotny w Pani życiu?

Anna: Przed Bożym Narodzeniem znalazłam pewien list. Był to list do mojej babci od jej narzeczonego, którego miała przed wojną. Ten narzeczony wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Babcia została w Polsce, wyszła za mąż za mojego dziadka, z którym była nieszczęśliwa. W liście narzeczony pisze, że babcia złamała mu serce, bo liczył, że po wojnie się spotkają. Na tym liście babcia dopisała drżącą ręką: „Boże, Boże gdybym jeszcze raz żyła”. Gdy to przeczytałam, to jakby mnie piorun strzelił. Pomyślałam: „Boże, żebym ja tak nie żałowała na koniec swojego życia”.

Wtedy podjęłam decyzję o zakończeniu tego drugiego związku. Dużo się wówczas zaczęło dziać. Po wielu latach przerwy poszłam do spowiedzi. Zaczęłam chodzić do kościoła, wstąpiłam do wspólnoty neokatechumenalnej, która bardzo mi pomogła.

Sakrament – ważny czy nieważny?

Czy rozważała Pani stwierdzenie nieważnie zawartego małżeństwa?

Anna: Początkowo nie myślałam o moim sakramentalnym mężu, ale Pan Bóg zaczął mnie konfrontować z moim sakramentem. Nie chciałam do końca życia być sama. Pojawił się kolejny mężczyzna w moim życiu. Miałam konsultacje w sądzie biskupim, by stwierdzić, że sakrament nie został zawarty. W moim przypadku były przesłanki do takiego stwierdzenia: byłam młoda, nie pochodziłam z rodziny katolickiej, więc mogłam nieświadomie zawrzeć ten sakrament.

Zaczęłam w swoim sercu rozważać, czy rzeczywiście uważam ten sakrament za nieważny, czy Pan Bóg uważa go za nieważny. Zaczęłam się dużo modlić. Coraz wyraźniej widziałam, że jestem na złej drodze, że nie powinnam wchodzić w kolejny związek, że Pan Bóg chce ode mnie jednak czegoś innego.

Miałam 35 lat, gdy pojechałam pierwszy raz w życiu na Jasną Górę. Na kolanach przed Matką Bożą usłyszałam wyraźnie, że mam męża. Wówczas założyłam obrączkę. Moi rodzice postukali się w głowę, gdy to zobaczyli. Nie liczyłam na to, że się zejdziemy. Pomyślałam, że będę żoną na odegłość: będę się za niego modlić, nie będę wchodzić w nowe związki. Trafiłam do Wspólnoty Sychar, z której treściami początkowo trudno mi było się zgodzić. Jednak później zaczęłam się wczytywać i rozważać, aż w końcu zrozumiałam, że rzeczywiście Pan Bóg jest bezkompromisowy.

„Nie wierzę w to małżeństwo”

Kiedy doszło do Waszego spotkania?

Anna: Byłam na programie 12 kroków. Jeden z kroków wymagał przeproszenia wszystkich, których skrzywdziłam. Musiałam przeprosić męża. On stwierdził, że nie ma żalu. Zapytałam go, czy jest szczęśliwy. Postanowiłam, że jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to skończę rozmowę i nie będę mu tego szczęścia psuła. A on odpowiedział: „A, wiesz jak jest”.

Andrzej: Byłem wtedy pół kroku do rozstania z partnerką, z którą miałem dziecko. Między nami mocno się nie układało. Z żoną spotkaliśmy się przypadkiem w parku, po 13 latach od rozstania. Drugie spotkanie było już umówione, wówczas dała mi list, w którym napisała o swojej duchowej przemianie, że się rozwiodła i że uważa nas za małżeństwo. Odpowiedziałem, że ja w to małżeństwo nie wierzę. Jednak ziarno zostało zasiane. W ciągu miesiąca dojrzałem do powrotu do żony. Miałem całą rodzinę przeciwko sobie.

Anna: Mieliśmy mocne przeczucie, że to, co robimy, jest dobre dla wszystkich. Nie mieliśmy wątpliwości, że powinniśmy być razem. Moja wspólnota dużo się za mnie modliła. Mąż pojechał do swojego wujka salezjanina i zapytał, czy to, co robi, jest słuszne. A on odpowiedział, że był sakrament, był ślub, więc w oczach Pana Boga słuszne jest, żeby być ze swoją żoną.

Archiwum prywatne

„Dobrze nam ze sobą”

Macie dzieci z osobnych związków. Jak wyglądał wasz powrót do siebie?

Anna: Jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. Jakby tych 13 lat osobno w ogóle nie było. Moje dzieci wiedziały, że to mój mąż, znały historię, widziały na zdjęciach. W sumie mamy sześcioro dzieci: moje mają 20, 15, 13 lat, syn męża ma 10 lat, a dwoje wspólnych – 7 i 5 lat.

Andrzej: Tuż po naszym ponownym zejściu się, braliśmy udział w peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. W pewnym momencie kapłan powiedział, że będzie odnowienie przysięgi małżeńskiej. Ludzie zaczęli się zbierać, przesuwać w stronę ołtarza, aż się znaleźliśmy przed księdzem. To był bardzo silny symbol i ogromne przeżycie zarówno dla nas, jak i dla księdza, który przewiązał nam ręce stułą, bo znał naszą historię.

Przed rozstaniem byliśmy zgodnym małżeństwem i tak jest teraz. Dobrze nam ze sobą.

Świadectwo Ani i Andrzeja oraz innych małżeństw można znaleźć na stronie: www.projekt.sychar.org.

.
Zobacz także