Przejdź do treści

Jacek Krawczyk – zwykły chłopak, który chciał zostać świętym

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

W trakcie wakacji zapraszamy was w podróż przez życiorysy mniej i bardziej oczywistych świętych, błogosławionych, kandydatów na ołtarze, którzy mogą inspirować nasze rodziny do lepszego życia. Pierwszą z takich postaci jest Jacek Krawczyk. Tuż po pogrzebie brat jego mamy poradził jej, by zachowała wszystkie rzeczy po synu: “One się przydadzą, gdy zostanie świętym” – stwierdził. Oficjalnie 31 lat po śmierci, w 2022 r., rozpoczął się proces beatyfikacyjny Jacka Krawczyka, młodego chłopaka z Palikówki.

Jacek Krawczyk – “człowiek na maksa”

Kiedy przybyłam na KUL studiować prawo, minęło zaledwie kilka lat od skończenia tam przez niego teologii. Niektórzy z moich znajomych znali Jacka Krawczyka osobiście. W tym roku obchodziłby 57. urodziny. Może byłby znanym teologiem, może katechetą w szkole, a może po prostu pracowałby z ludźmi, którzy na co dzień potrzebują nieustannie czyjejś opieki. Na pewno byłby kochającym mężem, pewnie także ojcem. Mężem był zaledwie 9 miesięcy, ojcem nie zdążył być. Zmarł na raka w wieku zaledwie 25 lat.

Jacek Krawczyk urodził się 16 sierpnia 1966 r. w Palikówce koło Rzeszowa. Tam chodził do liceum. Ze względu na surową dyscyplinę, przez uczniów szkoła ta nazywana była „klasztorem”. Idąc do szkoły, każdego dnia przechodził przez plac przy dworcu, koło bazyliki bernardynów, w której czczona jest Matka Boża Rzeszowska w cudownym wizerunku. Przed lekcjami zawsze wstępował na modlitwę. “Tam poznał księdza Czyżewskiego” – opowiada kapucyn o. prof. Andrzej Derdziuk, autor książki “Człowiek na maksa”, opowiadającej o życiu Jacka Krawczyka. “Duchowny namówił go służenia do Mszy św.” – dodaje zakonnik.

Rodzinny dom wzorem do naśladowania

Pana Boga Jacek poznał jednak w rodzinnym domu. “To był dom pełen atmosfery miłości i pobożności” – mówi o. Derdziuk. “Duch modlitwy wyrażał się w codziennym Apelu Jasnogórskim, który rodzina wiernie celebrowała. W domu Jacka nie piło się alkoholu i nie podawało się go do spożycia” – dodaje mój rozmówca. 

Jacka łączyła niezwykła więź duchowa z rodzicami. Ojciec Derdziuk, analizując listy do rodziców, które Jacek pozostawił, stwierdza, że charakter ich komunikacji zdecydowanie wznosił się ponad poziom banalnych stwierdzeń dotyczących życia codziennego. Gdy jako 17-latek wyjechał na rekolekcje, każdego dnia pisał listy do swoich rodziców. Rodzinny dom był dla niego miejscem, do którego zawsze wracał, a rodzice byli wzorem do naśladowania. 

Jako nastolatek myślał o wstąpieniu do seminarium lub zakonu. Już wtedy jego celem była świętość. O swoim zmierzaniu do niej napisał w wypracowaniu na katechezie w liceum w czerwcu 1982 roku: 

W drogę do świętości. Z Panem, w Panu i dla Pana. Kochając Boga, Matkę i bliźniego.

A w innym: 

Sens życia jest w Chrystusie i Maryi.

W każdej chwili myślał o innych

Chciał służyć innym ludziom. Pisał:  

Dla mnie osobiście celem w życiu jest posługa. Posługa misyjna (jeśli zdam maturę), posługa tym, w których jest Chrystus cierpiący.  

Nie był jednak do końca zdecydowany. Postanowił zdawać egzamin na teologię dla świeckich na KUL. Był rok 1985. Pomyślał wtedy, że jeśli zda egzamin, będzie się realizował w Kościele jako świecki.

Do Lublina przyjechał już jako uformowany człowiek modlitwy. “Często bywał w kościele akademickim, należał do wspólnoty działającej przy kościele. Jednak był też chłopakiem uwielbiającym taniec i zabawę, miał swoje zdanie, był oryginalny” – opisuje go o. Derdziuk. Oprócz tego Jacek w każdej wolnej chwili myślał o innych. Interesował się potrzebującymi. Zorganizował grupę studentów, którzy odwiedzali pacjentów w dziecięcym szpitalu. Opiekował się biednymi. 

Urszulanka s. Małgorzata Serafinko, która przyjaźniła się z Krawczykiem w okresie studiów, opisuje go następująco: “Jacek łączył to, co robił, z wiarą, modlitwą, Eucharystią, choć o tym nie mówił, nie chwalił się. Nie zajmował się błahostkami, ale dążył do rzeczy ważnych, do realizacji swojego człowieczeństwa poprzez pomoc drugiemu człowiekowi”.

W czasie pracy w pogotowiu, bo tam też bywał jako wolontariusz, czekając na zgłoszenia w dyżurce, napisał do Marka, kolegi ze studiów, że dziękuje Bogu za wiarę, bo ona pomaga mu widzieć w człowieku Chrystusa.

Człowiek, który trzeźwo patrzył w przyszłość

W jednym z listów do rodziców, które pisał z Lublina regularnie, stwierdził kiedyś, że jego celem jest „być człowiekiem dającym z siebie maksimum”. Zaraz po tym dodał: 

Nie jestem nieszkodliwym wariatem, ale człowiekiem, który trzeźwo patrzy w przyszłość. 

W innym liście prosił rodziców: 

Módlcie się za mnie, by Bóg dał mi siłę do działania, bym był jak świeca, która, choć sama się spala, to jednak oświeca, ogrzewa i zapala inne nieużywane lub wygasłe świece.

Jacek mówił, że najwięcej serca ma dla ludzi biednych i opuszczonych – dla ubogich, ale też uzależnionych. Na tyle na ile mógł, organizował pomoc charytatywną. Kiedyś przyszedł do kapelana Męskiego Domu Akademickiego KUL w Lublinie ks. Eugeniusza Derdziuka i powiedział: “Księże, proszę przejrzeć swoją szafę z ubraniami i te, których ksiądz od roku nie używa, proszę mi dać, bym mógł przekazać je potrzebującym”.

Ślub w szpitalnej kaplicy

Był na piątym roku teologii, kiedy zakochał się w Ewie. Zaręczyli się i w maju 1990 r. zawarli w Katowicach związek cywilny. Wspólne mieszkanie planowali po ślubie kościelnym ustalonym na sierpień 1990 r. 

W lipcu Jacek źle się poczuł. Widział podwójnie. Choć nie postawiono mu od razu pewnej diagnozy, okazało się, że jego płuca zjadł rak i to on dawał takie objawy. Pierwszą operację przeszedł w Kielcach. Napisał wtedy list do narzeczonej, w którym zwolnił ją ze zobowiązań. Jednocześnie szczerze wyznał jej miłość: 

Jesteś moim największym marzeniem. A śmierci boję się tylko dlatego, że mogę utracić Ciebie, najdroższa.

Jedna z lekarek, pod której opieką Jacek przebywał w szpitalu, powiedziała: „Jacek był zupełnie inny od tych wszystkich ludzi, których znałam. Był taki, jaki teoretycznie powinien być chrześcijanin. Tylko ja nigdy nie widziałam chrześcijanina takiego, jakim powinien być. Jacek był pierwszym”. 

Nie dotarł do Katowic na ślub kościelny z Ewą. Trafił do szpitala w krakowskiej Nowej Hucie i to tam, po przyjeździe panny młodej, zawarli w szpitalnej kaplicy sakrament małżeństwa.

“Szkoda, że nie chcemy być świętymi”

Kilka godzin przed śmiercią, która nastąpiła 1 czerwca 1991 r., młody chłopak z Palikówki zanotował swoje ostatnie słowa: 

Niektórzy ludzie myślą, że jeżeli dotknęło ich cierpienie, to doświadczają od razu niesprawiedliwości. Brak, tak często, głębszego spojrzenia w ten wspaniały dar Miłosierdzia Chrystusa, pozwalającego iść trudną, ale przecież zbawienną drogą krzyżową – po Jego śladach. Szkoda, że nie chcemy być świętymi.

Pogrzeb Jacka był manifestacją wiary. Wiele osób obecnych na cmentarzu było przekonanych, że żegna świętego. Ks. prof. Janusz Nagórny, promotor i przyjaciel Jacka, zainicjował zbieranie materiałów, które zostały wydane w postaci książki dokumentującej życie niezwykłego świadka Ewangelii. Dziś trwa jego proces beatyfikacyjny, a historia Jacka Krawczyka inspiruje wielu ludzi z Lubelszczyzny czy Podkarpacia, a wkrótce – miejmy nadzieję – z całej Polski.

Zobacz także