Przejdź do treści

Małżeński weekend tylko we dwoje – to był dla nas bezcenny czas

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Weekend we dwoje. Na naszym obecnym etapie życia brzmiało to jak niedostępne marzenie. A jednak, nawet takie marzenia się spełniają. Jeśli zastanawiacie się, czy zainwestować w taki wyjazd, poniższa opowieść może być pewną pomocą.

Małżeński weekend – efekt konkursu

Ta wygrana była dużym zaskoczeniem. Jednego wieczoru pomyślałam: „No dobra, wezmę w tym udział” (konkurs organizowała Fundacja Priorytety), drugiego weekend we dwoje był już w sferze naszych realnych planów. Choć, prawdę mówiąc, dosyć odległych, bo najpierw trzeba było odstawić od piersi najmłodszą pociechę. Poczekaliśmy więc prawie rok (ale na taką rzecz czeka się bardzo miło) i załatwiliśmy opiekę dla naszej czwórki. Zauważyć przy tym należy, że nie ma u nas zwyczaju, by dzieci spały u dziadków albo dziadkowie u dzieci. Ale wygrana, to wygrana! Wymaga przełamania schematów.

Przywiozłam mamę, bo tata jeszcze pracował. Odebrałam trójkę ze szkół i przedszkola. Posadziłam ich przy pieczonych jabłkach pod kruszonką, żeby osłodzić im tę chwilę, i po szybkim „pa pa” wyszłam z domu. Tylko najstarszy syn, wyrażając niezadowolenie ze skórki na jabłkach (typy alergiczne tak mają), zaszył się w pokoju i obserwował moje wyjście przez szparę w drzwiach. Teraz pozostało pojechać po męża do pracy.

Tego się nie spodziewałam

Wsiadłam do auta, włożyłam kluczyk w stacyjkę, a tu nagle ktoś otwiera bagażnik. „Mamo, jadę z wami” – oznajmił mój 9-latek i władował się bezceremonialnie do środka. Wiedziałam, że to nie są żarty. Wymknął się z domu i po cichu szedł za mną w samych skarpetkach. OK, spokojnie mu to wytłumaczę, że wygrana, że mama i tata tego potrzebują, że zaraz będą korki na mieście. Tak przez 15 minut. Przez kolejne 10 minut używałam argumentów, które ze względu na ich niską wartość pedagogiczną pominę. Kursowaliśmy między mieszkaniem a garażem, a we mnie się gotowało. W końcu pozostało jedyne wyjście – wykorzystać chwilę sposobną, wsiąść szybko do auta i wcisnąć gaz. Przy okazji rozrywając sobie kawałek serca widokiem rozgoryczonej twarzy syna.

Poinformowałam telefonicznie niczego nieświadomą babcię, że ma (a może właśnie nie ma) uciekiniera i żeby przypadkiem nie chodziła go szukać. Rzecz jasna, dla babci było to niewykonalne. Pominę dalszy opis zabawy w kotka i myszkę. Grunt, że zanim wyjechaliśmy z miasta, zguba sama wróciła do domu. A my staliśmy w korku…

Do czegoś się przyznam

Nie będę opisywać wszystkiego… Ale tak, naprawdę dało się wypocząć. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do hoteli z basenami i saunami. Z nas to raczej łowcy przygód. Ale nie było na co narzekać. Wystarczyło wyjść na spacer w pobliskie górki, by zobaczyć jelenie i mnóstwo grzybów. Chodziliśmy po lesie z różańcem w ręce, dużo rozmawialiśmy. Na wszystko był czas. Randka za randką. Coś niesamowitego.

Fot. archiwum prywatne

W pewnym momencie zobaczyłam napięcie na twarzy mojego życiowego towarzysza. Trzeba było sprawę wybadać. „No, bo nie ma planu” – podał przyczynę niewyraźnej miny mój małżonek. Nie ukrywam – wprawił mnie w zdumienie, bo czyż nie to było piękne, że mogliśmy działać na spontanie? No cóż, jednak życie rodzinne nas zmieniło. Szybko zaczęliśmy kombinować plan. Znalazło się w nim miejsce na jeden szczególny punkt.

Pierwszy raz od 9 lat

To, że nie byliśmy pięć lat na wspólnym wyjeździe we dwoje, to jedno. Ale była rzecz znacznie gorsza. Kiedy nad komunikacją w naszym związku zbierały się czarne chmury, a widmo kryzysu przesuwało się wzdłuż linii horyzontu, pojawiała się właśnie ta jedna myśl i niczym błyskawica rozrywała nieboskłon nad naszym małżeństwem. Dręczące niezaspokojenie. Korona wszystkich nieszczęść. Pieczęć totalnego rozkładu pożycia małżeńskiego. Otóż, nie byliśmy w kinie! Trzy lata. Cztery, pięć, sześć… Siedem? Osiem! Dziewięć… W ten weekend postanowiliśmy to zmienić. Oczywiście, trochę się zastanawiałam, czy tak łatwo rozstawać się z moim dołującym argumentem, na który mogłam liczyć w ciężkich chwilach, a który tak długo hodowałam. Jeśli już, to na naprawdę dobrym filmie.

Ostatnim razem byliśmy w kinie na Cristiadzie. Teraz padło na Johnnego (film o ks. Janie Kaczkowskim). Trzeba powiedzieć, że z naszym małżeńskim wyrzutem  rozprawiliśmy się w pięknym stylu. Kino studyjne w Jeleniej Górze, dobry film, miła atmosfera. A po wszystkim Festiwal Światła na jeleniogórskiej starówce, na który trafiliśmy – chciałoby się rzec – przypadkowo. Na dodatkowy pokaz świateł zatrzymaliśmy się po drodze do hotelu – ciemna noc roziskrzona była miliardami gwiazd.

Podsumowanie

Nasz czas wyjazdu wykorzystaliśmy do maksimum. Pozwólcie, że podzielę się pewnymi refleksjami.

Dwa niezbyt błyskotliwe spostrzeżenia:

  • nikt z powodu naszego wyjazdu nie ucierpiał (nawet nasz 9-latek już w piątkowy wieczór rozmawiał z nami uśmiechnięty),
  • voucher na wyjazd we dwoje to naprawdę dobry prezent.

Praktyczne porady:

  • na sobotę umówiliśmy naszych starszaków na spotkania z ich kolegami i koleżankami (podziękowania dla ich rodziców!), dzięki temu odciążyliśmy dziadków, a dzieciom urozmaiciliśmy czas bez nas,
  • jednak dobrze mieć plan i uwzględnić w nim to, czego dawno się razem nie robiło.

Dwa błędy, które popełniliśmy:

  • w piątek wyjechaliśmy za późno,
  • w niedzielę wróciliśmy za wcześnie.
Zobacz także