Przejdź do treści

Moja pięciolatka: „Ja nie chcę iść do nieba!”

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

To, jak moje dzieci będą postrzegać niebo, zależy w dużej mierze ode mnie i męża. Młodsze można prowadzić, pokazywać, zapraszać. Starsze muszą doświadczyć, że tu na ziemi wcale nie jest tylko dobrze i bezpiecznie – po to właśnie, by, daj Boże, same nieba zapragnęły.

Po co do nieba? 

Pięcioletnia córeczka mówi zupełnie szczerze. Ona naprawdę nie chce iść do nieba. Jej jest dobrze w domu na ziemi, z mamą, tatą i rodzeństwem. Mama przytula i karmi, tata ma wspaniały brzuch, na którym można się położyć całym swym pięcioletnim ciężarem, a poza tym tata zabiera na rower… Rodzeństwo zajmie się taką dziewczynką, pobawi z nią trochę, trochę pokłóci. I jest jej dobrze i bezpiecznie. Po co miałaby gdziekolwiek stąd odchodzić? 

Troszeczkę z tej pewności niechcenia wybija ją fakt, że tam w niebie czeka na nią malutka siostrzyczka. Ta najmłodsza, która nie zdążyła się urodzić. Z nią oczywiście nasza pięciolatka chętnie by się poznała. Czasem pyta, jakie Julka ma oczy, jakie włosy, czy będzie chciała się z nią bawić. 

Niebiańska obecność Matki Bożej i Pana Jezusa też są jakimś argumentem, chociaż nadal za słabym. Jednak póki co własna mama jest bliższa i bardziej oswojona.

Dorastanie do nieba 

Pewnie gdzieś tutaj właśnie zaczyna się nasze – rodziców – zadanie. Najpierw musimy sami w duchu przyznać, że wcale nie jesteśmy tak doskonali, by warto było wieczność z nami wiązać. Potem pokazać taką perspektywę, za którą dzieci będą chciały tęsknić, do której dążyć przez całe życie. I dzięki której zdołają przyjąć, że na ziemi nie ma nic idealnego, nawet pomimo naszych najszczerszych starań.  

Kiedy tak rozmawiam z tą małą córeczką, w głowie pojawiają mi się obrazy starszych dzieci, wspomnienie ich wyrywania się z objęć rodziców, ich poszukiwania własnych dróg. One też kiedyś były małe i nigdzie z domu się nie wybierały. Ale zaczęły dorastać. Ich prostowanie skrzydeł, rozglądanie się po świecie, zrzucanie ciasnych domowych kokonów jest dla nas trudne, ale służy jednemu: zauważeniu, że dom rodzinny to wcale nie niebo na ziemi. Istnieje całe mnóstwo miejsc ciekawych, wspaniałych, gdzie można spotkać nieznanych ludzi i – poznać ich. Świat poza domem jest oczywiście również mniej bezpieczny, trochę straszny czasami. Młodzieży podoba się bardziej lub mniej, ale i tak chcą go zdobywać i zmieniać.

Same zdecydują 

I tak sobie myślę, że najpiękniej byłoby podtrzymać w nich taką chęć i ciekawość. Po to, żeby u kresu życia nie płakali za tym, co zostawiają za sobą, ale ruszyli znów z zapałem w nieznane. Żeby chcieli odkrywać i oswajać niebo, żeby pociągało ich swoją niezwykłością. Do tego jeszcze chciałoby się podprowadzać je ku osobistym relacjom z Osobami, które mają tam spotkać i które mają być ważniejsze nawet niż ziemscy rodzice dla małego dziecka. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że z jednej strony jest to zadanie na całe życie, a z drugiej, że moje kierownictwo kończy się wraz z osiągnięciem dorosłości przez nasze pociechy. Nadejdzie dzień, gdy one same zdecydują, w którym kierunku dadzą się pociągnąć. 

Młodsze dzieci jeszcze można prowadzić, pokazywać, zapraszać. One bardziej potrzebują tych wskazówek, opowieści o prawdziwym domu i prawdziwym Ojcu. Starsze muszą niestety na własnej skórze doświadczyć, że tu na ziemi wcale nie jest tylko dobrze i bezpiecznie, muszą zapragnąć zdobyć to miejsce, gdzie znów tak będzie.

Nie zapominam o modlitwie! 

Każda chwila jest cenna. Wypełniona rozmowami z przedszkolakiem, zapewnieniami, opowieściami i obrazami. Ważne są dyskusje z nastolatkami, delikatne popychanie ich we właściwą stronę. Modlitwa za nie wszystkie, powierzanie ich najlepszej Matce, gdy sami wpływ mamy coraz mniejszy. Pozostaje ufać, że pewnego dnia nasza mała córeczka (wtedy już bardzo wyrośnięta) zawoła z radością: „ja chcę do nieba!” – i że nas tam spotka. 

.
Zobacz także