Przejdź do treści

Felieton sytuacyjny: Duch w domu! Opowiadamy dzieciom o życiu po życiu

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

W kolejnym felietonie sytuacyjnym rolę główną gra duch! Dzieci autentycznie się go przestraszyły, ale był to świetny punkt wyjścia do rozmowy o duszach.

Mój oryginalny mąż

Większość rodziców rozmyśla, jak zaspokoić potrzeby swoich dzieci, co robić, by były szczęśliwe, jak stymulować ich rozwój, by było im łatwiej w życiu. Lub tak po prostu: w co je ubrać? co dać do jedzenia? jak je rozbawić? Zdecydowana większość. Mój mąż natomiast, bądź co bądź bardzo kochający i opiekuńczy ojciec, codziennie myśli nad nowym porankiem doprowadzającym nieraz nasze dzieci do łez. I nie są to łzy będące następstwem śmiechu.

Przykład? Sztuczka z urwanym palcem. Wygląda mniej więcej tak, iż rozsuwając dwie dłonie od siebie, w jednej kciuk jest tak schowany, że wygląda jakby został przy drugiej ręce. Sztuczka, która u starszych córek wywołuje uśmieszek podszyty lekką pogardą, u młodszej Elizki wywołała niekontrolowany płacz i lęk, że tata zostanie bez palca. Z czasem nasze dzieci się hartują ale każde pojawiające się nowe dziecko daje Andrzejowi nieograniczone pole do popisu.

Duch w ogrodzie…

Któregoś, niczym nie wyróżniającego się wieczoru, mąż mój ogarniał przestrzeń przed domem, a ja z dzieciakami szykowaliśmy kolację. Nagle błogą ciszę, tak rzadko goszczącą w naszym domu, przerwał krzyk Miłosza: Duch!!! Mamo, duch!!!

– Jaki znowu duch? – zapytałam zrezygnowana, jakby co najmniej raz w tygodniu jakiś nas odwiedzał.

– Za oknem – potwierdziła Eliza. – To duch tatusia!!

– Przecież tata żyje… – odpowiedziałam z przekonaniem, gdyż widziałam go osobiście jeszcze 5 minut wcześniej, ale odwróciłam się w stronę okna, by sprawdzić powód tej zbiorowej histerii.

Znacie, drogie panie, to uczucie, gdy dociera do was, że tak naprawdę macie o jedno dziecko więcej? I nie jest to chwila, w której dowiadujecie się o kolejnej ciąży. Ja w tamtej chwili tak miałam, bo mym oczom ukazała się twarz mojego ukochanego podświetlona latarką.

– To nie duch tylko tata – mój głos nie krył politowania i lekkiej rezygnacji. – Duchy nie istnieją! A my tak, więc musimy jeść! Zapraszam do stołu.

To jak to jest z tymi duchami?

Przy kolacji dzieciaki wyjątkowo nie trajkotały. Rozmyślały, przeżuwając. Za to Andrzej był naprawdę z siebie dumny. Uśmiechnięty spoglądał na dzieci, jakby planował jeszcze jakiś kulminacyjny popis.

– To nie było śmieszne – powiedziała Elizka do taty. – Teraz będę się bała sama spać – stwierdziła.

– Duchy nie są straszne, bo ich nie ma – odpowiedziałam szybko, nie czekając, aż mój mąż podłapie temat i doleje oliwy do ognia.

– Nie? A jak umrzemy? Zmieniamy się w duchy!!! – stwierdził Miłek pewny swego, jak tego że Spider-Man jest najfajniejszym superbohaterem i że motor to najlepszy pojazd „ever”. – Albo w kościotrupy… – dodał przejęty.

No i „lajtowy” wieczór uleciał razem z fikcyjnym duchem zza okna, a jego miejsce zajęła poważna rozmowa. Spojrzeniem podziękowałam wymownie Andrzejowi i wkroczyłam w nieuniknione.

– Skąd to, synku, wiesz? Widziałeś ducha? – zapytałam lekko, aczkolwiek poważnie.

– W bajkach zawsze tak jest, że jak ktoś umrze, robi się prześwitujący – pomogła bratu Eliza. – A w „Coco” wszyscy byli z kości, a jak rodzina o nich zapomniała, to naprawdę znikali.

– Kotki, w bajkach postacie są wymyślone, jak gadające zwierzęta albo biegające przedmioty – łagodnie starałam się wyjaśnić.

O duszach na poważnie

– Duchów nie ma – Andrzej stanowczo włączył się w rozmowę. – Wyobrażacie sobie, że po śmierci będę biegał po domu w prześcieradle? (Szczerze mówiąc, ja jestem w stanie to sobie wyobrazić, ale nie przerywałam jego wywodu z wdzięczności za wsparcie.) – Nie zamierzam – kontynuował. – Raczej będę się starał pójść do nieba. I jedyna prawda z waszej bajki jest taka, że potrzebna mi będzie wasza pamięć, a dokładniej modlitwa. A jeśli Bóg nie ma poczucia humoru, to bardzo dużo modlitwy.

– I już Cię nie zobaczymy? – łezka popłynęła po Lusinym policzku. Jej wrażliwe usposobienie nie radzi sobie z tak poważnymi tematami.

– Luśka, jeszcze żyję – Andrzej otoczył Łucję ramieniem. – Skupmy się raczej na tych, których już przy nas nie ma. Babcie Wanda i Fredzia nie są duchami, ale duszami i potrzebują naszej modlitwy. A jeśli nawet by chciały nas odwiedzić, to na pewno nie po to, żeby nas straszyć. Kochały nas, nadal kochają i my je kochamy. Nie ma w tym nic strasznego. Chociaż nie powiem, że nie fajnie byłoby tak sobie przenikać przez ściany… – rozmarzył się.

Puentą naszej rozmowy była umowa, że odwiedzimy groby bliskich. Podczas wieczornej modlitwy także wspomnieliśmy o babciach i dziadkach, których już przy nas nie ma. Potem utuliłam maluszki i gdy już prawie przenosiły się do krainy snu, przy drzwiach rozległo się szuranie i drapanie.

– Andrzej, naprawdę?? – dość zirytowana doskoczyłam do drzwi, na tyle sprawnie, na ile pozwalała mi moja „nienaganna” sylwetka. Ale gdy je otworzyłam, zobaczyłam jedynie naszą kocicę, która przeciągnęła się i wskoczyła do dzieci zwijając się w kłębuszek.

Zobacz także