Przejdź do treści

Dzieci kontra dziadkowie. Nasze podejście do tej relacji mocno się zmieniło

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Zbliża się 21 i 22 stycznia – daty znane każdej babci i dziadkowi, każdej wnuczce i wnukowi. Młodsi łapią wtedy często za kredki, mazaki, farby i ilustrują swym starszym opiekunom kolorowe laurki, często oddające ich podeszłe w wieku wizerunki. Portrety co roku rozczulają najstarszych i malują na ich twarzach wdzięczność, uśmiech i radość. Jak te styczniowe wzruszenia przekładają się na cały rok?

Zależny, niezależny

Oboje nie mamy wątpliwości, że nastały czasy niezależności pokoleniowej. Życie pod jednym dachem i przy jednym kociołku straciło na wartości, a możliwości rynkowo-finansowe pozwalają młodym na zakładanie i wicie własnych, rodzinnych gniazd. Nie uważamy, że jest to złe zjawisko.

Sami od początku chcieliśmy być kowalami własnego losu i móc budować swoją przestrzeń małżeńsko-rodzicielską. Przepełnieni życiem z naszymi rodzicami, wyszliśmy z domów z bardzo różnym obrazem i doświadczeniem, które wciąż się przeplata z modelami wychowawczymi, jakie sami wnosimy pod dach. Ale czy to oznacza, że kategorycznie odcinamy się od babć i dziadków, nie dopuszczając ich do wniesienia swojej cząstki w życie naszych dzieci? Wręcz przeciwnie.

Od fiksacji po luz

Jestem żoną, jestem mamą, a z wykształcenia jestem pedagogiem. Wiedzę, którą zdobyłam o dzieciach na przestrzeni lat, teraz weryfikuję we własnym rodzicielstwie. W połączeniu ze światem wirtualnym, z tym, co serwują social media, ten pedagogiczny bagaż potrafi czasem wyjść na dobre, a czasem wpuścić niezdrową fiksację.

Jeśli chodzi o dziadków, tak samo przerobiłam już przeróżne scenariusze. Jedne brzmiały: „to ja jestem rodzicem, ja stawiam granice, więc ja te granice również powinnam wyznaczać dziadkom, a jeśli zostawię im wnuki, to z kartką pełną wytycznych, jakie i ile słodyczy mogą dać, o której położyć spać i czego mogą uczyć swoje wnuki. W innych scenariuszach z mojej głowy dziadkowie to odrębne osoby, mające swoje doświadczenia, które mogą przekazać młodszym pokoleniom i tym samym wnieść inny obraz i spojrzenie w tych kiełkujących życiach.

Te kilka lat naszego macierzyństwa i tacierzyństwa wyklarowało w nas już pewne zdanie. Dziadkowie są potrzebni! Są potrzebni i naszym dzieciom i nam. Cieszymy się z tego, że nie łączy nas jeden dach, bo jak wiadomo, wszystko w nadmiarze szkodzi, ale porusza nas to, jak nasze córki reagują na spotkania ze swoimi dziadkami.

Wdzięczni za pomoc

Mamy dziadków pracujących zawodowo, którzy mieszkają w tym samym mieście, spotykają się najczęściej z maluchami i w miarę swoich możliwości, między własnymi obowiązkami, starają się nam pomagać. Mamy też dziadków na emeryturze, ale 120 km od nas, więc wizyty są nieco rzadsze. Jednak zawsze powodują w dzieciach dużo euforii.

Bardzo się cieszymy kiedy dzieci mogą spotkać się z jednymi lub drugimi dziadkami. Uważamy, że ta relacja jest ważna i znacząca, bo każda z babć i każdy z dziadków to odrębny człowiek z własną historią, zainteresowaniami i podejściem do wnucząt. Dzieci dzięki temu uczą się i wynoszą własne, nowe doświadczenia. My, jako rodzice, mamy swoje zasady i granice, które dziewczynki poznają w domu, ale uważamy, że dziadkowie mogą serwować własne podejścia i jednocześnie uczyć, że w życiu nie ma tylko jednego, stałego schematu. Jeśli są sprawy czy tematy dla nas ważne lub niepokojące, to po prostu o tym rozmawiamy. Bez tworzenia zakazów, sztucznych barier czy przeciwstawiania sobie wnuków i dziadków.

Owocna służba

Dwa miesiące temu mieliśmy awaryjną sytuację. Potrzebna była całodniowa opieka nad córkami. Wiedzieliśmy, że dziadkowie pracują, natomiast drudzy też mogą mieć już ustalone plany na kolejny dzień. Jeden telefon do babci i okazało się, że jest w stanie bez problemu przyjechać kolejnego dnia z rana do wnuczek.

Kiedy mama przyjechała, poprosiłam ją tylko o jedno: „po prostu poświęć im czas”. Znam swoją mamę. Wiem, że z dobrej woli bardzo chętnie pomogłaby w domowych obowiązkach, wyprasowała kosz pełen prania, ugotowała 2 obiady na zaś czy nawet umyła brudne od dziecięcych rączek okna, za co zwykle jestem wdzięczna, ale tym razem chciałam, żeby po prostu była dla dzieci. I babcia naprawdę to spełniła. Nakarmiła nasze wygłodniałe dzieci swoją uwagą i obecnością, a one jak skowronki przez kolejne dni niesamowicie przeżywały tą nieplanowaną wizytę.

Ta ekscytacja trwa nadal. Dopytują, czy babcia jeszcze przyjedzie lub czy my pojedziemy do dziadków. To był dla nich dzień pełen innych, nowych doświadczeń, choć w elementach swej codzienności, jak jedzenie, mycie czy spanie, nie różniący się od innych dni. A my mogliśmy załatwić pilne sprawy, a nawet ten wspólny czas nazwać nieformalną randką. I każdy był zadowolony! Podobny ferwor emocjonalny towarzyszy dzieciom po każdym indywidualnym spotkaniu z dziadkami z naszego miasta. I ta radość dzieci cieszy nas najbardziej.

Białe płótno

Z dziadkami, czyli naszymi rodzicami, jest tak, że choć w życiu łączyły nas jako rodzic-dziecko bardzo różne relacje – czasem świetne, czasem gorsze, to nie chcemy odbierać dzieciom sposobności poznania dziadków na ich zasadach.

Dziadkowie otrzymają wkrótce kolejne laurki, kolejne portrety, ale ten najwłaściwszy i ostateczny sami malują w małych, ufnych, patrzących na nich oczkach.

.
Zobacz także