Przejdź do treści

Kiedy telefon od żony burzy misterny plan dnia… czyli o cnocie elastyczności

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Proza życia w małżeństwie to również te sytuacje, gdy trzeba szybko zrewidować swoje własne plany i znaleźć czas na dodatkowe, nieprzewidziane działania. Często wiąże się to ze stresem, napięciami lub niedomówieniami. Skutecznie potrafi też nadszarpnąć relację. Ale chyba lepiej uznać, że życie niesie ze sobą niespodzianki, niż pielęgnować w sobie żal do drugiej osoby.

Gdy już wszystko zaplanowałeś… 

Ręka do góry, kto też tak ma: cały dzień zaplanowaliście z góry, co do minuty, od szóstej z rana do dziesiątej wieczorem. Szybka poranna kawa, buziak z żoną i od razu pierwszy punkt programu, żeby przed południem być już przy kolejnym i by nie uciekły cenne minutki. I gdy już człowiek jest sfokusowany (brzydkie słowo, ale jakże celne…) na konkretnym zadaniu, nagle rozbrzmiewa telefon od żony. I już padają słowa o barwie miodu: „Czy miałbyś chwilkę, żeby synowi wyprasować białą koszulę do szkoły, bo zapomniał powiedzieć, że ma dzisiaj występ i wręczenie kwiatków? Tak za pół godziny…? Bo wiesz, troszkę się denerwuje”. No tak, on się denerwuje, ja zawsze byłem oazą spokoju. Dziecko jest dziecko. To jest również dziecko mojej żony, no ale żona jest w pracy, a koszula w domu, sam na sam ze mną – wyjścia nie ma… 

Dlaczego to mnie irytuje? 

W tym momencie artykuł, nad którym ślęczałem pół godziny, odpływa w niebyt. Misterny plan rozpada się jak domek z kart, a ja próbuję sobie przypomnieć, czy zaczynamy od kołnierzyka, czy od plecków, czy jednak rękawy. I jak nylon, to żelazko na dwójkę, czy na trójkę. Gdy kończę, obiektywnie oceniam efekt pracy na trójkę z plusem. Staram się też nie przywiązywać zbytniej wagi do licznych „kantek” i załamań. I kiedy w zasadzie już mógłbym zasiąść do pracy, rozlega się dzwonek do drzwi. Triumfalnie wkracza moja najmłodsza pociecha i okazuje się, że jeszcze spodenki trzeba znaleźć. 

Resztki przyzwoitości każą mi przyznać, że ten sam mechanizm działa często w drugą stronę, gdy w najtrudniejszym momencie dnia to ja informuję swoją Najdroższą, co mi się właśnie przypomniało i byłoby cudownie, gdyby się tym zajęła. Iskrzy? No iskrzy. Nikt nie jest szczęśliwy w podobnych sytuacjach. Życie poukładane od początku do końca, dzień poukładany od początku do końca jak filiżaneczki w witrynce, daje poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad rzeczywistością. Takie sytuacje to drobiazgi, jak kamyczek w bucie. Ale skądinąd wiemy, że podobne kamyczki potrafią skutecznie zatruć życie i wystawiają na niebezpieczne próby nawet zżyte ze sobą pary.

Szukamy recepty 

Co poprawić? Gdzie tkwi błąd w systemie? Może to wcale nie jest tak, że ja jestem taki fajny, bo wszystko sobie zaplanowałem. Może właśnie tego typu sytuacje uczą, żeby zostawiać większy margines, który tak naprawdę jest gotowością na codzienne wyzwania. Bycie elastycznym wcale nie oznacza braku asertywności. Zostawić w planie dnia miejsce dla bliskich, nawet na takie nieoczekiwane sytuacje, to także zostawić miejsce dla Boga. 

Miłosierdzie zazwyczaj nie zaczyna się tam, gdzie „akurat postanowiłem sobie zrobić coś miłosiernego”, ale tam, gdzie sytuacja nieoczekiwanie nas zaskoczy, każe wyjść poza rutynę codzienności. Podobne sytuacje pozwalają też nieco zrewidować kwestię „ważności” naszych planów. Pomijając nadzwyczajne sytuacje, zazwyczaj następnego dnia już nie pamiętam, co tak bardzo ważnego miałem zrobić, a tym razem jednak mi umknęło. 

.
Zobacz także