Śmierć Charliego Kirka wstrząsnęła światem. Jeszcze bardziej wstrząsnęły reakcje: jedni płakali, inni… świętowali. To nie jest wyłącznie amerykańska sprawa. To sprawa nas wszystkich.
Cały świat miał zobaczyć, jak ginie Charlie Kirk. Dwa strzały – i koniec. Miał zaledwie 31 lat. Na jego śmierć patrzyły na żywo tysiące oczu, a później miliony, kiedy nagranie zaczęło krążyć w mediach społecznościowych. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz śmierć drugiego człowieka tak bardzo poruszyła opinię publiczną.
Charlie rozmawiał z młodymi. Konfrontował ich poglądy ze swoimi, nie uciekając od trudnych pytań. Chrześcijanin, wierny mąż i ojciec, mówca. Uważny, wrażliwy, naprawdę zależało mu na młodych. Wielu pomógł wyjść z toksycznych ideologii. Dziś wokół jego śmierci rodzą się kolejne narracje – od politycznych po spiskowe. Jedni wyciągają mu rzekome winy, inni, którzy go znali, stanowczo zaprzeczają.
Nie chcę wchodzić w te dyskusje. Chcę się jedynie podzielić kilkoma refleksjami, które noszę w sobie od kilku dni.
„Ginie człowiek – poświętujmy!”
Kojarzycie fragment z Apokalipsy, w którym bestia zabija dwóch proroków?
Mieszkańcy ziemi cieszą się z ich powodu i radują, i będą sobie nawzajem dary posyłać, bo ci dwaj prorocy zadali udrękę mieszkańcom ziemi.
(Ap 11, 7-10)
Zastanawiałam się nieraz, co musi się wydarzyć, by ludzie tak się cieszyli z czyjejś śmierci. Przy tyranach łatwiej to zrozumieć. Ale przy prorokach?
Teraz rozumiem to trochę lepiej. Przeraziło mnie, jak wielu ludzi wiwatowało na wieść o śmierci Kirka. Publikowali filmiki, cieszyli się, że został uciszony. Nie potrafię tego pojąć. Zginął człowiek. Zostawił żonę, dwoje dzieci, tysiące osób, które za nim szły. Jak można się z tego cieszyć? A jednak takie są fakty – ludzie potrafią świętować śmierć kogoś, kto miał inne poglądy.
Nie chcę podkładać współczesnych wydarzeń pod Apokalipsę i twierdzić, że oto nadchodzi koniec świata (choć w sercu modlę się o powtórne przyjście Chrystusa). To jedynie luźna analogia.
Przypomniałam sobie sytuację z 2016 roku, gdy papież Franciszek podczas mszy w Watykanie za ks. Hamela – zamordowanego przez islamskiego napastnika podczas Eucharystii – poprosił, by na ołtarzu postawić jego zdjęcie. Powiedział wtedy:
Ksiądz Hamel jest męczennikiem! Przyjął swoje męczeństwo jak Chrystus na ołtarzu, oddając swoje życie.
Arcybiskup Rouen dodał później, że papież pozwolił, by jego zdjęcie wisiało w kościołach – „bo on już jest błogosławiony”.
Charlie był protestantem, ale dostrzegał, że Maryja jest w świecie protestanckim niedoceniana. Jego żona, katoliczka, codziennie chodziła na mszę. Widziałam zdjęcia, jak sam siedzi w kościelnej ławce. Kto wie – może kiedyś też by konwertował?
Śmierć nie jest końcem
Ktoś napisał, że to już nie konflikt lewicy z prawicą, ale walka dobra ze złem. I przypominają mi się słowa Tertuliana: Semen est sanguis Christianorum – „Krew chrześcijan jest nasieniem nowych chrześcijan”. Prześladowania nigdy nie niszczyły Kościoła. Przeciwnie – świadectwo męczenników rodziło wiarę.
I to widziałam, śledząc wpisy Amerykanów na platformie X. Wielu pisało: Koniec milczenia. Teraz czas na odważne głoszenie Ewangelii. Najpierw upadli na kolana, a potem powstali mocniejsi. Tysiące młodych ludzi deklarowało: Teraz my jesteśmy Charliem Kirkiem.
Na mnie ta śmierć również zrobiła ogromne wrażenie. Kojarzyłam wcześniej jakieś krótkie nagrania z jego rozmów, ale nigdy nie wsłuchałam się w nie głębiej. Zrobiłam to dopiero po jego śmierci. I zaniemówiłam. Jak pięknie można rozmawiać, słuchać, konfrontować się z drugim człowiekiem. I jak odważnie można głosić prawdę, Chrystusa, Ewangelię.
W moim przypadku ta śmierć sprawiła coś jeszcze – wyrwała mnie z roli obserwatora, z drugiego fotela, i popchnęła do tego, bym sama odważyła się zabrać głos.
Na koniec wraca do mnie jeszcze jeden obraz z Apokalipsy:
Ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce, a księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.
Widzieliście pokaz dronów nad Bazyliką św. Piotra 13 września? Ogromna Pieta, a w tle Ave Maria w wykonaniu Bocellego. Mam ciarki, gdy tylko o tym piszę. To był dla mnie znak nadziei.
To nie koniec.
Śmierć nie jest końcem.
Nienawiść nie ma ostatniego słowa.
A my nie jesteśmy sami.
Jest Ktoś większy. Ten, który pierwszy przeszedł tę drogę przed nami.
Ks. Jerzy Popiełuszko zginął za prawdę. Chrystus zginął za prawdę. Charlie Kirk zginął za prawdę.
I to nie jest tylko „amerykańska sprawa”. Duchowa walka rozgrywa się wszędzie – także u nas, w Polsce, w naszych domach, sercach i rozmowach.
Jak tę walkę wygrać? Widzę tylko jeden sposób: „Zło dobrem zwyciężaj”.

Zobacz także
