Przejdź do treści

Dzieciątko Jezus Koletańskie słynie cudami – oto niezwykłe świadectwa

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

W sercu Krakowa, przy ul. Poselskiej znajduje się Sanktuarium św. Józefa, którym opiekują się mniszki bernardyńskie. Miejsce to jest wyjątkowe nie tylko ze względu na jego patrona, ale też figurę Dzieciątka Jezus Koletańskiego słynącego łaskami. O tych cudach i swoim osobistym cudzie związanym z Dzieciątkiem opowiada nam mniszka bernardyńska s. Rita.

Na początek – krótko o historii

W jednym z bocznych ołtarzy Sanktuarium św. Józefa w Krakowie umieszczona jest późnogotycka rzeźba Dzieciątka Jezus, znanego jako Koletańskie. Początki historii tej wyjątkowej rzeźby są otoczone tajemnicą. Według podań figurka Dzieciątka Jezus została odnaleziona, gdy unosiła się nurtem Wisły. Nie są znane wcześniejsze miejsca jej przechowywania. Siostry koletki, należące do reguły św. Franciszka z Asyżu, wydobyły ją z wody i umieściły na ołtarzyku w refektarzu klasztoru. Od tego momentu zaczęły się zdarzać niezwykłe cuda, zwłaszcza uzdrowienia z różnych chorób. Modlący się otrzymywali łaski, a siostry doznawały szczególnej opieki, co przyczyniło się do ogromnego szacunku i miłości otaczających figurkę. 

Dzięki tym wyjątkowym wydarzeniom rzeźba zyskała szczególne miejsce czci aż do początku XIX w. kiedy trafiła do dzisiejszego miejsca jej kultu wraz z dwiema siostrami koletkami, które zostały tu przeniesione ze skasowanego klasztoru. Szczególnym względem darzy dzieci, matki, pary starające się o potomstwo i te już go oczekujące.

Diagnoza była druzgocąca

Joanna i Mirosław Haładyjowie: Siostro Rito, figurka Dzieciątka Koletańskiego słynie z cudów. Czy była siostra świadkiem jakichś?

S. Rita: Owszem, cuda cały czas się dzieją i cały czas napływają do nas świadectwa. Mamy ich dużo, ale jeszcze więcej próśb o modlitwę. Z kolei dla mnie prywatnie największym cudem jest to, że jestem w tym miejscu. Na Poselskiej mieszkam dopiero pół roku, chociaż w zakonie bernardynek jestem już 23 lata, więc można powiedzieć, że to dla mnie nowa placówka i nowa droga, już z Dzieciątkiem. Mogę się też podzielić świadectwem pochodzącym z mojej rodziny. Niedawno mojemu bratankowi urodziła się córeczka. Poród miał ciężki przebieg, a ponieważ dziecko słabło, trzeba było wykonać cesarskie cięcie. Modliłyśmy się wtedy do Dzieciątka Koletańskiego o to, żeby wszystko dobrze się skończyło i wierzę, że nasze modlitwy zostały wysłuchane – wszystko skończyło się dobrze.

A czy możemy powiedzieć, że siostry, mówiąc kolokwialnie, “specjalizują” się w pomocy przy staraniu się o dziecko?

Mamy też i takie prośby, ale trudno powiedzieć, że akurat w tym się specjalizujemy, bo modlitwa to w ogóle jest nasze powołanie, a intencje są różne. Prawdą jest jednak to, że takich próśb mamy naprawdę dużo. Podobnie, jak w przypadku, gdy ciąże są zagrożone. Tak więc modlimy się o poczęcie, szczęśliwe donoszenie i rozwiązanie. Dzieciątko wysłuchuje je według swojej woli. Miałyśmy też przypadek, że poproszono siostry o modlitwę w intencji dziecka, w przypadku którego lekarze postawili druzgocącą diagnozę. Miało się ono urodzić zdeformowane i z wadami genetycznymi. Badania były powtarzane u kilku lekarzy i konsultowane – nie pozostawiały złudzeń. Przy porodzie okazało się, że dzieciątko jest zdrowe i wszystko jest w porządku. Moc modlitwy i wiara tych ludzi zdziałały cuda.

Wspomniała siostra, że dostajecie dużo świadectw otrzymanych łask i podziękowań za modlitwę.

Zgadza się, wszystkie one są zbierane. Udało się już wydać jedną książkę zawierającą opisy i relacje otrzymanych łask za przyczyną św. Józefa i szczególnego orędownictwa Dzieciątka. To są zarówno sytuacje znane z przekazów historycznych, ale też te, które miały miejsce współcześnie. W obu przypadkach są to niesamowite zdarzenia. Znajdujemy tam także wiele odpowiedzi dotyczących samego kultu Dzieciątka Koletańskiego. Na przykład skąd wzięły się słynne szatki.

Pan Jezus zawsze ma czas

Trochę nas siostra ubiegła, ponieważ mieliśmy o nie zapytać (śmiech).

No to już wyjaśniam. Kroniki podają, że w 1894 r. matka pewnej chorej dziewczynki poprosiła właśnie siostry o modlitewną pomoc, ponieważ stan jej dziecka się pogarszał i było ono praktycznie umierające. Siostry obiecały modlitwę i ofiarowały zrozpaczonej matce jedną z sukienek, w którą ubierały figurę Dzieciątka. Kobieta po przyjściu do domu położyła ją na swojej chorej córce, a ta od razu wróciła do zdrowia. Wspomniana historia kojarzy się z łukaszową opowieścią o wskrzeszeniu córki Jaira. 

To, co osobiście mnie dotknęło, to fakt, że z tym fragmentem Ewangelii (Łk 5, 21-43 – dop. aut.) łączy się opowieść o uzdrowieniu cierpiącej na krwotok, która – jak pamiętamy – dotknęła szaty Pana Jezusa. To pokazuje, że Pan Jezus ma zawsze czas i że zawsze jest pora na to, żeby zwrócić się do Niego o pomoc. Dlatego ten przypadek, o którym mówiłam na początku, siostry wykorzystały później do dalszego szerzenia kultu i do pomocy innym.

Szatki wysyłamy do dziś

Dzieciątkowe szatki ruszyły w świat i podobno ten zwyczaj trwa do dziś.

Tak. Wszyscy, którzy zwracali się potem z prośbą o modlitwę, prosili także o szatkę, przez co siostry w pewnym momencie nie mogły już ich nastarczyć. Stąd wzięła się tradycja takich malutkich skrawków materiału, które są przykładane do cudownej figurki. Do dziś można je u nas otrzymać i rozdajemy ich bardzo dużo. Ludzie proszą o nie osobiście albo korespondencyjnie, więc również je wysyłamy. To też jest niesamowite, że ten kult jest wciąż żywy, wciąż kwitnie, a w roku jubileuszowym (siostry obchodzą jubileusz 200 lat obecności Figurki Dzieciątka Jezus Koletańskiego u sióstr bernardynek – dop. aut.) jest jeszcze bardziej intensywny. 

Widać, że ten kult nie tylko ożywia, ale też odżywa w sercach ludzi. Dlatego kiedy przychodzi trudna sytuacja, jakaś próba wiary, trzeba z modlitwą zwracać się do Dzieciątka. Ono jest naszym wielkim skarbem. I nie chodzi tylko o same uzdrowienia, bo posiada ono niesamowitą moc oddziaływania na ludzkie serca.

Mamy też świadectwa nawróceń i spowiedzi po 40, 50 latach nieuczęszczania do konfesjonału. To zawsze są niesamowite historie.

Nikogo nie prosimy

Zapytamy nieco prowokacyjnie: Jezus urodził się w ubogiej stajence. Nie miał nic. Z kolei figurka Dzieciątka jest pięknie ozdobiona. Dla kogoś z zewnątrz może się to wydawać przesadą…

Święty Franciszek, ojciec naszego zakonu, żył ubogo i to do tego stopnia, że można powiedzieć, że dla siebie nie miał nic. Ale zawsze uczył braci, żeby kościoły były piękne, zadbane i aby nie szczędzić trudu i kosztów w dbaniu o ich wystrój, o kielichy i inne liturgiczne paramenty. Kierował się przy tym dewizą: wszystko dla Jezusa. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że to wszystko składają ludzie, z wdzięczności. My nie prosimy o składanie wot Dzieciątku, oni sami je przynoszą w podzięce. To jest coś, co wypływa z ich serca i to są dary, które są dla Jezusa, które są dla Króla, z szacunku do Jego majestatu. Ludzie pragną dać coś z siebie także w sposób materialny.

Także to jest ich ofiara, to jest ich dar i to na pewno jest miłe Bogu. A że Dzieciątko ma strój królewski, to jest najpiękniejszy gest wdzięcznych serc ludzkich i pewien sposób uwielbienia. Wiadomo, że każdy stara się dać z siebie jak najwięcej dla Pana Jezusa w postaci modlitwy i ofiary wyrzeczeń, i uwielbienia, i miłości. Na pewno są tysiące darów duchowych, których my nie widzimy. Ludzie składają chociażby cierpienie. Jak ktoś jest przykuty do łóżka, może ofiarować swoje cierpienie, swoje bezsenne noce. Ale człowiek też potrzebuje takiego znaku i dosłownie daru z siebie w postaci czegoś materialnego.

“Zapomniałam zdjąć pierzynkę”

Powiedziała siostra na początku, że jest dla niej cudem to, że od pół roku jest tutaj, w Krakowie…

Trochę trudno mi to wszystko wyjaśnić, ale spróbuję. Ta historia jest ściśle związana z Dzieciątkiem, a sposób, w jaki Pan Jezus do tego doprowadził, był niespodziewany. Jak wspomniałam, od 23 lat jestem w zakonie bernardynek. Wcześniej byłam w innym miejscu, w innej wspólnocie, ale zawsze miałam żywe nabożeństwo do Dzieciątka Jezus. W okresie Bożego Narodzenia, jak były w klasztorze figurki Dzieciątka, to starałam się zawsze ubierać je w ozdobne szatki. Miałam pragnienie, żeby wyglądały tak, jak to krakowskie Dzieciątko. 

Wcześniej przez wiele lat byłam zakrystianką. Z tą posługą i Dzieciątkiem związany jest pewien “incydent”. Jak zamykałam kościół i gasiłam światła, to wychodząc, zawsze przykrywałam kołderką Dzieciątko w żłóbku. Pewnego dnia po porannej mszy świętej podeszła do mnie pani i powiedziała, że ktoś ukradł Dzieciątko ze żłóbka. Zastanawiałam się, jak to możliwe, ale szybko podeszłam do żłóbka i zorientowałam się, że zapomniałam zdjąć pierzynkę, przez co z daleka w ogóle nie było widać główki (śmiech).

Spełniło się marzenie ściętej głowy 

A więc Dzieciątko odwdzięczyło się za opiekę, sprowadzając siostrę do siebie.

Tak, ale nie od razu. Przez ostatnie 3 lata wewnętrznie czułam, że Pan Jezus stopniowo odkrywa przede mną jakąś szczególną łaskę. To był wewnętrzny proces dojrzewania do tego, aby odnaleźć wolę Bożą w powołaniu, które już miałam. Chodziło o określenie wewnętrznego rysu osobistej duchowości, charyzmatu, który naprowadza nas na bardzo prywatną płaszczyznę porozumienia duchowego z Bogiem. 

Bardzo zależało mi na odczytaniu tego, co przygotował dla mnie Bóg, bo wiedziałam, że coś się zmieni w moim życiu, a nie wiedziałam jeszcze co. I to był taki czas bardzo powolnego odkrywania, ale dawałam w tym Panu Jezusowi wolną rękę, starajac się być otwartą na Jego działanie w moim sercu i duszy. Tak, aby przez różne życiowe okoliczności i sytuacje odczytać to, czego Pan Jezus chce. I stało się to w momencie, kiedy dowiedziałam się, że będę haftować sukienkę dla Dzieciątka Koletańskiego. 

Nigdy bym się nie spodziewała, że zostanie mi powierzona taka praca, tym bardziej, że w poprzedniej wspólnocie była ze mną siostra hafciarka, która od 50 lat trudniła się tym i potrafiła to robić mistrzowsko. Tworzyła przepiękne światłocienie, złote hafty wypukłe, a do tego żadna z technik nie stanowiła dla mniej problemu. I ta siostra powiedziała, że ma w tej chwili zamówienia, ale wie, że lubię haftować koralikami i że może podjęłabym się tego zadania. Byłam tym bardzo zaskoczona, ale jednocześnie niesamowicie szczęśliwa, bo to było moje marzenie, ale takie z kategorii “ściętej głowy”, jak to się mówi.

Odkryłam, jak wielki mam skarb

Haftowanie okazało się kluczem do poszukiwań?

Pan Jezus przez tę pracę miał dla mnie specjalnie przygotowaną łaskę, którą właśnie odkryłam w czasie haftowania. I to było niesamowite, ponieważ okazało się ono bardzo wymagające, a świadomość, że robię to dla Dzieciątka, sprawiała, że czułam jeszcze większy stres. Z drugiej strony czułam ogromne szczęście, ponieważ mogłam mieć w celi w czasie pracy wcześniejsze szatki, które służyły mi do wykonania projektu formy, rozmieszczenia wzoru i tak dalej. Można powiedzieć, że wtedy wszystko się zaczęło. 

Gdy uświadomiłam sobie, jak wielki skarb mam w zasięgu ręki, to bardzo głęboko przeżyłam ten fakt i stwierdziłam, że to nie jest zwyczajne zadanie i wydarzenie w moim życiu. Czułam, że zaczyna się dziać coś bardzo ważnego. I wtedy pojawiła się myśl o większym nabożeństwie do Dzieciątka, otwarciu się na działanie łaski Bożej i na poznanie tego, co Pan Jezus chce ode mnie – zrozumienie Jego woli. Było to swego rodzaju misterium, wniknięcie w tajemnicę, uświadomienie sobie, że coś wielkiego się dokonuje. Także to wszystko towarzyszyło mi przez cały czas haftowania, a było to wiele godzin mrówczej pracy. 

Miałam też świadomość tego, że te wszystkie wota, które zostały mi przekazane przez siostry do wszycia w sukienkę i płaszczyk, to historie ludzkie, które mają niesamowity ładunek emocjonalny. Z tych względów miałam poczucie, że uczestniczę w czymś naprawdę wielkim, że stykam się z ludzkimi historiami, intencjami, cierpieniami. Że to wszystko po prostu żyje, że każdy wszywany koralik żyje swoim życiem, że to nie jest jakieś zwykłe przyszycie guzika do płaszcza, tylko coś niesamowicie wartościowego i ja w tym uczestniczę. Dlatego mówię, że to było misterium. Starałam się też wtedy modlić w intencji tych osób, ofiarując swoją pracę hafciarską i dokładając swoją cegiełkę do tego dzieła. 

To, co jeszcze było niesamowite w tym czasie, to teksty, które przyszły mi do głowy, a które przelałam na papier. W ten sposób powstały pieśni do Dzieciątka, które śpiewamy teraz w naszej wspólnocie.

Dzieciątko samo przyprowadziło mnie do siebie

Co jeszcze – z dzisiejszej perspektywy – dała siostrze praca nad szatką i płaszczykiem?

Te trzy miesiące były dla mnie intensywnym czasem. Poza tym, że powstały nowe szatki dla Dzieciątka oraz pieśni, otrzymałam wskazówkę i zostałam naprowadzona przez Pana Jezusa na zupełnie nową ścieżkę. Pewne rzeczy musiałam w sobie przerobić, odczytać je w nowej sytuacji, zobaczyć w nowym świetle i zrozumieć, że wraz końcem pracy nad haftem nie kończy się moja droga, ale dopiero zaczyna i że będzie kontynuacja. 

Odprawiłam nowennę jubileuszową do Dzieciątka i w jej ostatnim dniu powierzyłam Dzieciątku siebie, prosząc, by mną pokierowało, żeby dało mi światło rozpoznania, bo czułam, że ta nowenna jest decydująca. I rzeczywiście po jej zakończeniu, na następny dzień, miałam już pewność odnośnie tego, co mam. Otrzymałam znak – i zewnętrzny, i wewnętrzny. Dodam jeszcze, że pojechałam z ubrankami do Dzieciątka i już zostałam w Krakowie. Można powiedzieć właśnie, że samo Dzieciątko przyprowadziło mnie do siebie. A ja po prostu jakbym dostała skrzydeł. Cały czas czuję tę Bożą łaskę i mam wewnętrzne przekonanie, że w tym wszystkim nie było żadnego mojego udziału. Po prostu byłam narzędziem. Pan Jezus posłużył się tym haftem i mną, by dać mi odczytać swoją wolę.

Dziękujemy siostrze za świadectwo.

Wiem, że mówię trochę enigmatycznie, ale są to dla mnie bardzo osobiste sprawy i ciężko mi o tym mówić – też dlatego, że w moim ustabilizowanym życiu zakonnym zdarzyła się sytuacja, która kazała mi zaufać, jak dziecko. Pójść na ślepo, jak dziecko za rodzicem. Człowiek może sobie wtedy zadać pytanie, co robi, a jednak idzie, bo wie, że to nie jest jego, że to nie jest jego wymysł. To było podobne do łaski powołania. Bo patrzę na to trochę w ten sposób – że po tylu latach otrzymałam łaskę odnowienia powołania. Kolejna łaska – tak silna, tak mocna, tak niezaprzeczalna, że nie można było sobie samemu tego wykalkulować ani zaplanować.

Czy wiedziałeś, że…

Zobacz także