Przejdź do treści

Recepta na lęk przed poczęciem? To bardzo proste!

← Wróć do artykułów

Playlista z wszystkimi wersjami audio artykułów

Naturalne metody rozpoznawania płodności w teorii brzmią nam bardzo pięknie, a w praktyce bywa tak, że wpadamy w błędne koło. Lęk przed kolejnym poczęciem, porodem, czy po prostu dzieckiem, paraliżuje i w efekcie współżycia nie ma w ogóle lub jest sporadyczne i w stresie. Różnie podchodzą do tego kobiety i mężczyźni, ale u obu stron rodzi to ból.

Dlaczego odkładamy poczęcie? 

Zapytana, kogo łatwiej uczyć naturalnych metod rozpoznawania cyklu – pary, które starają się o poczęcie, czy te, które chcą poznać metodę w celu odłożenia poczęcia – odpowiadałam, że te starające się o poczęcie. Dziś wiem, że tak do końca nie jest, choć nadal szala przechyla się na korzyść tych pierwszych. 

Dlaczego trudniej jest z odkładającymi poczęcie? Po części bierze się to z nastawienia. Wiadomo – starający się nie przejmują się tym, że w ich życiu pojawi się dziecko – oni tego pragną. Tych, którzy odkładają poczęcie czasem wręcz paraliżuje myśl o kolejnym dziecku. Powodów jest oczywiście tyle, ile małżeństw w takiej sytuacji. I naprawdę nie mnie oceniać, czy te powody są poważne, czy błahe.  

Jedni odkładają z powodu choroby któregoś z małżonków, inni, bo nie mają perspektyw na własne miejsce do życia lub pracę, jeszcze inni zwyczajnie boją się tego, czy sobie poradzą, boją się kolejnego porodu, bo poprzedni był bardzo ciężki. I każdy z tych powodów jest dla tych małżonków poważny, bo jest ich. 

Znam małżonków, którzy miesiącami nie współżyli z powodu strachu przed kolejnym dzieckiem. Nawet nie porodem, nawet nie przed byciem w ciąży, ale właśnie przed dzieckiem. Nie ufali już nikomu i niczemu. Nie sprawdzały się metody sztuczne (antykoncepcja mechaniczna, farmakologiczna), te „prawie” naturalne – komputery do analizy cyklu. Oni wszędzie widzieli zawodność, więc woleli w ogóle nie współżyć. Trudno jest opisać ich stan emocjonalny i relacyjny po tych kilku miesiącach. Nie jestem psychologiem, ale gołym okiem można było dostrzec, że nie działo się z nimi dobrze. 

Katusze mężczyzn? 

Nie jest wcale tak, że najbardziej cierpią w tej sytuacji mężczyźni. To jest stereotyp. Oboje małżonkowie czują się w tym naprawdę niekomfortowo. Mężczyźni, jako ci, którzy, nie mogąc być w ciąży, łatwiej decydują się na współżycie w jakikolwiek dzień i nie zastanawiają się zbytnio, czy podczas tego współżycia dojdzie do poczęcia dziecka, odczuwają trudność. Rezygnują świadomie ze współżycia z żoną dla jej dobra lub dobra dziecka, które mogłoby się począć, ale również z powodu troski o kobietę, która stoi u jego boku. Nie chcą przecież wymuszać współżycia, nie myśląc w ogóle o kondycji zdrowotno-psychicznej swojej żony. Nie chcą, by współżycie kojarzyło się żonie ze strachem czy przymusem albo, co gorsza, z „przykrym małżeńskim obowiązkiem”. Kochają swoją żonę i pragną jej dobra. Taki mężczyzna nie poświęca się, jak to się czasem potocznie mówi, i nie odkłada seksu ze swoją żoną przeżywając katusze. Jest mu ciężko, ale jest w stanie znieść tę trudność dla ich większego dobra.

Dla kobiet to pestka? 

Kobietom natomiast, wydawałoby się, jest łatwiej rezygnować ze współżycia. Nasz lęk o dziecko, o jego przyszłość, o swoje zdrowie sprawia, że jeśli już ktoś ma podjąć decyzję o odłożeniu poczęcia i trwaniu we wstrzemięźliwości, to właśnie my. Ale my też cierpimy z powodu niewspółżycia. Przecież dla nas ta sfera jest równie ważna, jak dla mężczyzn. Tylko, że łatwiej paraliżuje nas strach przed wszystkimi konsekwencjami współżycia, jeśli odbywa się ono w czasie płodnym.  

Nierzadko mamy już w głowie projekcję na trzy lata do przodu – jak będzie wyglądało nasze życie w ciąży, czy będziemy mogły samodzielnie funkcjonować, czy będziemy musiały leżeć w szpitalu, czy damy sobie radę po porodzie? I tylko w takich sytuacjach jest nam łatwiej, ale to nie jest reguła.

Zagrożenie stałego braku seksu 

Jeśli wstrzemięźliwość jest tylko okresowa, to może stać się dla małżonków swoistym błogosławieństwem, wyrazem wspólnej troski, bliskości myśli. Może stać się okazją do przypomnienia sobie innych form okazywania czułości i miłości, niż fizyczne zbliżenie. 

Co jednak, jeśli okres bez współżycia przedłuża się na tygodnie, miesiące, nie daj Boże, lata? Wtedy nie możemy już mówić o pogłębianiu duchowej jedności. To nie jest normalne, by nie współżyć z własnym mężem czy żoną miesiącami. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, gdy to jest naprawdę niemożliwe z racji choroby, pobytu w szpitalu itp. Chodzi tu bardziej o sytuacje, w której możemy współżyć, ale lęk przed kolejnym dzieckiem sprawia, że nie ma między nami w ogóle zbliżeń.

Recepta na lęki? Wiedza! 

Wiele tych lęków – nie boję się postawić takiej tezy – bierze się z nieświadomości. Przecież w cyklu zaledwie kilka dni tworzy tzw. okno płodności. Pozostałe dni są niepłodne. Może zabrzmi to zbyt brutalnie, ale wiele z tych lęków mogłoby nie istnieć, gdyby małżonkowie poznali dobrze reguły, które rządzą kobiecym cyklem.  

Jako nauczyciele naturalnych metod, mamy różne formularze i sposoby postępowania na różne sytuacje życiowe. Inne zasady obowiązują małżonków starających się o poczęcie, inne kobiet po porodzie, jeszcze inne w premenopauzie. I paradoksalnie, im bardziej poznajemy reguły rządzące cyklem, tym bardziej jesteśmy ufni i z czasem otwarci na poczęcie kolejnego dziecka – w czasie dla nas odpowiednim, dogodnym i komfortowym.  

Usłyszałam kiedyś hasło: „Kto się oswoi, ten się nie boi”. Życzę wam, byście się nie bali, byście podeszli do naturalnych metod rozpoznawania płodności jak do zadania, które może zaowocować jeszcze lepszymi relacjami między wami. Bo czas wstrzemięźliwości – okresowy, w cyklu – daje później większą radość ze współżycia.

Zobacz także